Google Website Translator Gadget

piątek, 30 grudnia 2011

Chrześcijanin typu Undercover


Dlaczego jest tak, że łatwo nam być chrześcijaninem wśród chrześcijan, aniżeli w otoczeniu tych, którzy religię wyśmiewają. Dlaczego okazujemy nasze chrześcijaństwo tym, którzy wiedzą kim jesteśmy i jakie wartości wyznajemy, a nie próbujemy zaistnieć w innym środowisku jako właśnie wyznawcy Chrystusa.

Bez kitu, to pytania retoryczne :) Wiadomo w czym rzecz: wstydzimy się. Z jednej strony jest to coś, co jest prawdą ogólną, więc można zaryzykować usprawiedliwienie tego typu zachowania. Świetnym przykładem jest tu ap. Piotr, który był tak przekonany o swoim oddaniu dla Mistrza, że zaparł się go 3 razy. Z drugiej strony, po prostu nie jesteśmy oddani dla Chrystusa tak, jak by On tego oczekiwał. Jezus mówił o oddani pełnym i zupełnym. Jego Ojciec, wielokrotnie określał się jako Bóg zazdrosny. Także, ‘Hallo’ – nie ma tu miejsca na kompromis. Kiedyś chciałem, iść z Bogiem na układ: trochę tu, trochę tam. Wiecie, wilk syty i owca cała. No cóż, koncepcja trochę mi nie wyszła, bo efekt tego taki, że ani ze światem nie bardzo trzymam, ani też Boga blisko nie jestem. Taki trochę człowiek środka jestem.
„Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap. 3:15-16)
Nie da się iść na jakiekolwiek układy. Trzeba się zdecydowanie za czymś opowiedzieć. Jakie się opowiedziałem za Bogiem, ale chyba nie zdecydowanie... Więcej tego zdecydowania bym mi się przydało. Łatwo mi mówić, lol. Jak przychodzi chwila pokusy/próby, to tego zdecydowanego ‘nie’ jakoś tak nie ma. Jest tylko później: Panie Boże przepraszam, ja już nie chce żyć jak ten świat, Panie Boże, bądź mi miłosierny... Nie mówię, że to nie szczere, ale aż mi już źle, że ciągle to mówię. Ciekawe co Bóg o tym wszystkim sądzi.

Mimo, że w chrześcijaństwie od lat, to chyba w sercu nie wszystko się poukładało. Chce poukładać, swoje życie chce zdecydowanie trwać poprzez Jezusa w Bogu. Szczerze naprawdę chcę! Ale to nie wystarczy.

Jeśli zmienimy nasze życie naprawdę, gruntownie przedsięwziemy kroki, to już nie będziemy ‘undercover’ – nijacy, udający kogoś kim nie jesteśmy. Będziemy prawdziwi. Może nie ze spektakularnymi owocami Ducha, ale będziemy szczerzy i zdecydowani. Reszta to już konsekwencja naszego życia, a jest nią Boże Błogosławieństwo.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Matrix


Pamiętacie tą wręcz kultową trylogię naszych czasów. Człowiek, nic nie znaczący, element wielkiego systemu, sterowany, myśląc, że jest wolnym człowiekiem, wyzwolony, lecz niezadowolony. Pionek, hodowany do konkretnego celu. Rzecz, którą trzeba karmić, aby owe filmowe maszyny mogły żyć. Tylko nie liczni – w Syjonie – zdołali się uwolnić z systemu. Trafić tam mogą wszyscy Ci, którzy czują, że coś jest nie tak, że rzeczywistość ich otaczająca jest jakby fikcją. Czegoś szukają, coś potrzebują, sami nie wiedzą czego. Nie wiedzą gdzie to jest, jak to nazwać. Mają w sercu pewną pustkę, którą chcą koniecznie zapełnić, ale nie wiedzą jaki puzzel pasuje do tej układanki. Szukają różnych rzeczy: sexu, pieniędzy, kariery, pasji, przyjaźni, rodziny, sukcesu... Cokolwiek, wszystko byle by ich nie dręczyło to parszywe uczucie pustki. Czasami są zaniepokojeni, czasami zdesperowani. Oni nie chcą czegoś szukać, oni muszą to „coś” znaleźć.

Filmowa fikcja? Tylko w pewnym momencie. Za to lubie amerykańskie filmy: mają w sobie wielowątkowość symbolizmu. Bracia Wachowscy stworzyli bajkę, która zarobiła miliardy dolarów, ale ich sukces nie polegał na innowacyjności algorytmu fabuły, tylko na zastosowaniu znanej ludzkości prawdy o czowieku, choć przyznaję, podanej w niewiarygoddnie ciekawy i oryginalny sposób.

W taki sposób jak opisałem rodzą się chrześcijanie (choć, oczywiście to żadna reguła). Żyją w systemie rzeczy, są częścią wielkiego – globalnego – świata, a także mają swoją ugruntowaną pozycję w lokalnej społeczności (szkole, pracy, znajomych, ect.), mają rodziny, prace, pieniądzę, piękną żonę/męża, więc i spełnienie erotyczne też jest (nie wmawiajcie mi, że o tym nie myślicie i że ‘to’ nie jest dla Was ważne...). Mają wszystko co potrzeba, a jeśli czegoś im brak, to zabiegają o to, biorąc udział w wyścigu szczurów. Inwestują swój czas, energię, zapał i poświęcenie w gonitwie za czymś – nie koniecznie pieniądzem, poświęcają się dla zaspokojenia swojej pustki, poświęcają nawet swoje rodziny, aby poczuć wewnętrzny pokój. Aż wreszcie dochodzą do tego co to jest: problemem nie jest ciało, ale dusza. A to już inna sfera.

Wyrywają się z amoku i rozumieją, że to co ich otacza jest fajne, w jakimś stopniu wartościowe i ma to sens, ale to nie jest priorytet, to nie jest kluczowe. Kluczowe jest to, co się dzieje po śmierci. A to sfera, której ani nie kupimy, ani nie załatwimy, od tak. Na to trzeba zasłużyć. Filmowy Syjon (naprawdę wierzycie, że ta nazwa była przypadkowa???) to miejsce, gdzie ludzie wyzwoleni, nie mieli tak łatwego życia jak ludzie nieświadomie zniewoleni. Oni walczyli o przetrwanie, dlatego, że wyrwali się z systemu, a system upomina się o swoje, jeśli mu się odmawia, chce Cię zniszczyć. Wyzwoleni ludzie – chrześcijanie – walczą z systemem, upokarzeni dla imienia Jezus, w ciągłej walce z własnym charakterem, próbujący pokonać swe słabości. Zero wytchnienia, to nie ta sielanka ludzi, którzy żyją daleko od Boga. Warto zatem? Warto. Bo i tak wszyscy pójdziemy na to samo miejsce, i tak każdy z nas zostanie pozytywnie/negatywnie (Bóg oceni) zweryfikowany. Więc?

Więc warto być w tym Syonie – Kościele Chrystusowym – i walczyć, i starać się, i próbować, bo tylko tych ‘zmęczonych’ spotka nagroda. Życie to nie „Big Brother” – nie ma kolejnych edycji...

piątek, 23 grudnia 2011

Warunki Konieczne Do Małżeństwa


Z racji, że jestem przedstawicielem gatunku mężczyzn, będę pisał z męskiego punktu widzenia.

Czy żona ma być/ma mieć:
  • Ładna?
  • Zgrabna? 
  • Zadbana? 
  • Bogata? 
  • Z dużym biustem? 
  • Z długimi nogami?
  • Z wpływowym ‘tatusiem’? 
  • Lubiana? 
  • Towarzyska? 
  • Dowcipna?
  • Mądra? 
  • Zaradna? 
  • Z odpowiednim nazwiskiem? 
  • Wykształcona? 
  • Uległa?
  • Chętna na...? (no przecież wiecie.) 
  • Oszczędna? 
  • Z pasującym do mnie charakterem? 
  • Z samochodem? 
  • Z bagatym dorobkiem sukcesów zawodowych?
  •  Zabawna? 
  • Bezkonfliktowa? 
  • Religijna? 
  • Zapatrzona we mnie jak w obrazek? 
  • ...?
Długo jeszcze muszę tak wymieniać, abyśmy wszyscy wreszcie doszli do wniosku, że to nie są priorytety? Byłbym parszywym, zakłmanym dziadem, gdybym powiedział, że powyższa lista ni w ząb mnie nie rusza. Daj Boże, aby te cechy ona miała, albo chociaż część z nich. Pewnie, że to byłby chyba ideał nad ideały. Więc tak, fajnie gdyby mnie spotkał taki przywilej. Ale to nie jest priorytet. Nic z tych rzeczy nie jest kluczowe, naistotniejsze, gwarantujące szczęśliwe życie małżeńskie i rodzinne.

Żona ma być 
 > W Y M O D L O N A <

Reszta to bonusy, które fajnie, gdyby były, ale świat się nie zawali, jeśli ich nie będzie.
"Pieśń stopni. Salomonowa. Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie" (Ps. 127:1)
Modlitwy Kawalerze potrzebujesz, nie analizy osobowości potencjalnej matki twoich dzieci. Sam nic nie zrobisz tak jak należy, ale jeśli zaufasz Bogu, sukces gwarantowany.

Dziewczyny, w przypadku poszukiwania faceta, to zasada działania jest taka sama.

czwartek, 15 grudnia 2011

Maja Frykowska: Świadectwo Nawrócenia

WoW!

* - Niestety, Chrześcijański Kościół Reformacyjny, powołując się na prawa autorskie, skutecznie tępi wszelkie filmy z YT zawierające te cenne słowa. Dlatego wyjątkowo, nie podaję linku do YT, ale bezpośrednio do wydawcy:

sobota, 10 grudnia 2011

Postanowienie Modlitwy

Miałem postanowienie:
Będę modlił się 5 razy dziennie.

Na drugi dzień zapomniałem. Moja gorliwość jest poprostu wzorcowa...

Skutki mojego zapomnienia są opłakane. Do zobaczenia na Sądzie.

niedziela, 4 grudnia 2011

Zgniłe Jabłko

Wiele pięknych jabłek jest zepsutych w środku. Żeby się o tym przekonać, skuszeni ich zewnętrznym pięknem, bierzemy do ręki i gryziemy. W tej samej sekundzie plujemy, bo widzimy robactwo, albo zgnilize. Owoc, który zachorował starał się wyzdrowieć, i pierwsze co, to skupia się na zewnętrznych uszkodzeniach. Te wewnętrzne są trudniejsze do usunięcia, czasami ich się nie da usunąć, dlatego nie raz może nas spotkać nie miła nie spodzianka.

Ostatnio patrze też na swoje życie w ten sposób. Na zewnątrz elegacko, poukładane, dobrze rokowany, odpowiednie zachowanie w towarystwie... Można by tak jeszcze wymieniać. A środku bajzel. Problemy z samym sobą, z duchowością, z charakterem, z modlitwą, językiem, myślą ucuciem, słowem... Można by tak jeszcze wymieniać. Autentycznie chce się zmienić, tylko nie wiem jak. Nie wiem jak tą zgnilizne usunąć, skutecznie. Nie interesuje mnie powierzchowne uzdrowienie - jak w przypadku jabłka - ale we wnętrzne, pełne i zupełne.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że chce zajrzeć w głąb siebie, zobaczyć co jest ze mną nie tak. Gdzie popełniam błąd, dlaczego go popełniam, w którym momencie mojego życia dokonałem złego wyboru czego konsekwencje odczuwam do dziś. Czy zachowanie, któe uważam za dobre, faktycznie takie jest. Czy faktycznie należe do Jezusa a nie do świata - i jak to zweryfikować? Poprostu chce iść dalej w rozwoju duchowym, a stoje w miejscu, może wręcz się cofam.

Czasami jak patrze wstecz, to widzę jedną wielką ułudę - myślałem, że tak trzeba, że to należy, że Bóg będzie zadowolony, że to dla Niego... Małe rozczarowanie, gdyż 99% rzeczy, które robiłem robiłem dla siebie. Dla swojej chwały, dla zaznaczenia swojej osoby, wkładu w całokształt. dlatego 99% rzeczy upadło. Pal sześć, że 'ja' straciłem wiarygodność w oczach innych, nie jest to fajne, ale przeżyje. Problem jest w tym, co Bóg myśli, jaki On ma do tego wszystkiego stosunek. Przecież nie mog powiedzieć o sobie, że 'chodze z Bogiem' jak to czynił Henoch. A jeśli nie z Bogiem to z kim?
Kto wie, może stan mój obecny jest gorszy niż początkowy. A może moje życie jest jedną wielką iluzją. Nic sam człowieku nie zrobisz, nic nie zweryfikujesz, nic sam nie naprawisz.

"Spojrzyj, wysłuchaj, Panie, mój Boże! Oświeć moje oczy, bym nie zasnął w śmierci" (Ps 13:4)

środa, 30 listopada 2011

Co będzie po śmierci...

....z Tobą?
Wszyscy kiedyś umrzemy. Co po sobie zostawimy? Kilkugodzinny smutek dalekich znajomych, kilkugodzinny smutek przyjaciół, kilkunastodniowy smutek trochę bliższych osób....? Zostawimy po sobie dobre czy złe wrażenie? Po śmierci nie będzie czasu na naprawienie tego co się popsuło. A na sądzie co pokażemy? Czym się wykażemy: ciągłą walką charakteru? Dobrymi chęciami? Tekstami w stylu "chciałem dobrze!" Działając dla Boga, kiedy umrzemy, będziemy mieli duży bagaż czegoś dobrego, czegoś co dla Boga ma wartość. Ale to trzeba dla Boga robić, a nie dla siebie pod przykrywką "Bożej służby".

Niby w chrześcijaństwie od lat, ale gdyby się zastanowić, to od lat w miejscu.
Zegar natomiast tyka...

środa, 23 listopada 2011

Szczepka Winnego Krzewu Chrystusowego

Układ w jakim się znajdujemy jest bardzo sympatyczny. Żyjemy 'tu' a Bóg jest 'tam'. Nie odzywa się, nie reaguje, nachalnie się nie zachowuje, nie akcentuje swojej obecności, nie zaznacza swojego zdania, nie domaga się zainteresowania. On jest, ale 'w cieniu'. My wiemy, że On jest, przez co wielokrotnie się do Niego zwracamy, ale to wcale nie oznacza, że o Nim pamiętamy.

Zapominamy o gorliwości w służbie chrześcijańskiej. Z resztą, akcentuje w dzisiejszych czasach to, że życie nie należy tylko przeżyć, ale służyć Bogu. Gdyby porównywać prace dla Boga a prace dla ludzi, to praca dla człowieka przez nas lepiej i dokładniej jest wykonywana. Dlaczego? Dlatego, że człowiek jest blisko, nas nadzoruje i egzekwuje. Widzimy go i czujemy presję. W przypadku Boga nie jest tak. On nic na siłę nie wymusza. On chce, żeby człowiek sam przyszedł do Niego. Nic na siłę.

To, że jest taka relacja, wcale a wcale nas nie omija odpowiedzialność jaką mamy. To, że służymy i mamy to robić efektonie to wiemy, bob Biblia tak mówi. Ale czujemy tak? Raczej nie, bo nie ma egzekowania naszych poczynań. Teraz nie ma, a później?
"Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre" (2 Kor 2:10)
Czas przypomnieć sobie coś o czym nie zawsze chcemy pamiętać. Nasze życie chrześcijańskie nie jest dla nas samych i ma być efektowne. Mamy przynosić owoce - różne owoce, dla różnego rodzaju służby - ale fakt faktem, że owoce mamy przynosić. A co jeśli nie przynosimy? Teraz nic, ale później?
"Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - jeśli nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami. Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna" (J 15:1-11)
I co, nadal jest to tylko jeden z Twoich ulubionych wersetów ?

wtorek, 15 listopada 2011

Farba

Często przychodzi nam coś odnowić. Wtedy malujemy. Chcemy, żeby coś wyglądało czyściej, świeżej, żeby było ładniejsze i odnowione. Takim przykładem może być malowanie pokoju. Mało kto myje ściany, zdrapuje starą farbę, albo tynk i maluje od zera. Często się przykrywa to co stare, brudne i zapsute tym świeżym, nowym i czystym. W malarskie domowym tak zrobić można, ale czy w życiu chrześcijanina ta reguła także ma zastosowanie?

Nie ukryjemy naszych słabości, pragnień, nie ukryjemy przeszłości. Naszego prawdziwego oblicza nie da się zamalować. Można próbować je sporadycznie ukryć, zamsskować, ale prawda wyjdzie na jaw. Nie ukryjemy przed Bogiem naszych myśli, naszego charakteru, to wyjdzie na jaw.
"Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome" (Łk. 12:2
Nie ma takiej duchowej farby, która ma takie samo działanie jak w wypadku malowania pokoju. Nasze uczynki i grzechy przebiją wszystko. A kiedy wyjdą na jaw?
"Potem ujrzałem wielki biały tron i na nim Zasiadającego, od którego oblicza uciekła ziemia i niebo, a miejsca dla nich nie znaleziono. I ujrzałem umarłych - wielkich i małych - stojących przed tronem, a otwarto księgi. I inną księgę otwarto, która jest księgą życia. I osądzono zmarłych z tego, co w księgach zapisano, według ich czynów" (Ap. 20:11-12)
Nie ma sensu udawać, że nic się nie stało, że nie mamy problemu, że nam coś ujdzie na sucho. Jeśli mamy takie wrażenie, to jest ono tylko pozorne, tymczasowe. Nie ma duchowej farby, która zakryje grzech, ale jest duchowy rozpuszczalnik, który nas może tą brudną ścianę (nasze grzechy) wyczyścić.
"(...) Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie" (Ef. 4:32)
"On sam, w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości - Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni" (1 Pt. 2:24)
Z tym rozpuszczalnikiem, więcej jest pracu, i zajmuje to dużo czasu. Ale warto. Efekt, to życie wieczne.

środa, 9 listopada 2011

gazeta.pl: "Nie czcimy już Marii"

Polecam artykuł z "Dużego formatu" mówiącego o ludziach, którzy przeszli z Katolicyzmu na Protestantyzm.

"Uważam, że każdy konwertyta z katolicyzmu na protestantyzm przechodzi drogę Lutra. Coś się w nim gotuje. Później jest przemiana. I w pewnym momencie przeciwstawia się potęgom tego świata. No bo niemal wszyscy wokół są przekonani, że Polska i katolicyzm to dwie nierozerwalne wartości"
Więcej...

piątek, 4 listopada 2011

Dżihad w Nigerii

W kwietniu 2011 r. chrześcijanie w północnej Nigerii padli ofiarą największego pogromu w swej historii. Islamscy radykałowie wykorzystali polityczny pretekst do przeprowadzenia kolejnych zmasowanych ataków, których celem zniszczenie Kościoła na tym obszarze i ustanowienia tam w pełni islamskiego państwa.

poniedziałek, 24 października 2011

Boże Błogosławieństwo

Czy doceniamy to co mamy na codzień? Czy dziękjemy z całą siłą za pełną lodówkę, to że stać nas pójść do KFC, że bilet do kina to nie problem, składka rodzicielska w szkole jest tylko wydatkiem a nie powodem do zadłużenia się... Czy dziękujemy za to, że jesteśmy zdrowi, że nie mamy wielkich problemów, czy dziękujemy za nowe buty, kurtke czy czapkę? To wszystko to rzeczy, które większość z nas ma od dzieciństwa, to rzeczy, które często w naszym mniemaniu nam się należą. Czy aby na pewno? Czy dobrobyt faktycznie nam się należy? Gdzie jest zapisane to, że musimy być bogaci, gdzie jest zapisane że zawsze musimy mieć szczęście? To, że to mamy to efekt dobrowolnego daru, a nie wypełnienia jakiejś umowy.

Idźmy dalej. Czy Boże błogosławieństwo nam się należy. Czy Bóg ma obowiązek błogosławić chrześcijanom? A niby z jakiej racji? Gdzie tak jest napisane? Czym człowiek sobie zasłużył na to, aby Bóg udzielał mu tego wspaniałego daru? Dużo pytań można by jeszcze postawić, ale prawda jest taka, że niczym sobie człowiek nie zasłużył na Boże torowanie drogi życia. Grzeszny człowiek, to istota, która prędzej Boga zagniewa, obrazi i zgrzeszy wobec Niego, aniżeli wykaże swoje oddanie. Nie chce mówić, że nikt nie przejawia oddania Bogu. Oczywiście, są takie jednostki, ale mimo to, nie zasługują nawet i one na to, aby Bóg im błogosławił. Boża przychylność, to najwspanialsza rzecz jaką możemy otrzymać - tuż obok śmierci Chrystusa - jednakże, życie ludzkie, jest jakie jest i ten dar prawnie nam się nie należy.

Mój realizm/pesymizm (niepotrzebne skreślić) wynika z obserwacji mojego życia i konfrontacji go, z Biblią. Przegrywam na całej lini, nie jest to fajne uczucie, tym bardziej, że to już któryś z kolei raz dochodzę do wniosku, że czas żyć efektywnie w tym całym moim chrześcijaństwie i coś z sobą zrobić. Pogadać sobie zawsze mogę... Tylko gadanie te, już trochę mnie męczy... Patrzę też na Jakuba, patriarchę Izraela i jego walkę z aniołem. Walczył z nim całą noc i nie chciał go póścić z jednego jedynego powodu:
Gdy zaś wrócił i został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki, a widząc, że nie może go pokonać, dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw podczas zmagania się z nim.A wreszcie rzekł: «Puść mnie, bo już wschodzi zorza!» Jakub odpowiedział: «Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!» Wtedy [tamten] go zapytał: «Jakie masz imię?» On zaś rzekł: «Jakub». Powiedział: «Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś». Potem Jakub rzekł: «Powiedz mi, proszę, jakie jest Twe imię?» Ale on odpowiedział: «Czemu pytasz mnie o imię?» - i pobłogosławił go na owym miejscu" (Gen. 32:25-30).
Wniosek? Dla mnie przekaz oczywisty. Jakub nie zasługiwał na błogosławieństwo. Anioł, ani myślał
mu je dać, bo niby z jakiej racji grzeszny człowiek ma je dostać? Jakub musiał o te błogosławieństwo walczyć, musiał o nie zabiegać, prawda w dość speyficzny sposób, ale darmo go nie dostał. W konfrontacji z Jakub jak wypadam? Właśnie, więc niby dlaczego ja nie miałbym walczyć/zabiegać o Boży przywilej? Pan Jezus w jednej ze swych przypowieści mówi o czymś podobnym:
"Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: "Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!" Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: "Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie"»" (Łk. 18:1-5)

Wdowa w żadnym razie nie zasługiwała na obronę. Sędzia nie miał obowiązku zająć się jej sprawą. Ustąpił, bo... była nachalna. Usilnie zabiegała o swoją sprawę i spotkała ją za to nagroda. Też nie dostała tego darmo, musiała o to "zawalczyć".

Myślę, że z nami jest bardzo podobnie. Nie zasługujemy na to co mamy, nie zasługujemy na Boże kierownictwo, opiekę, błogosławieństwo, Jego uwagę. Jesteśmy zbyt grzeszni, zepsuci i fałszywi, aby czuć się pełnoprawnymi właścicielami Bożych obietnic. Jednakże zazwyczaj to mamy, dlatego, że nie myśmy na to zasłuzyli, ale dlatego, że Bóg jest łaskawy, miłosierny i dobry. Wszystko jest Jego osobistym darem dla nas. Dla mnie. Dla każdego z nas osobno. Fakt faktem, że nie zawsze możemy otrzymać Boże błogosławieństwo w takim stopniu jak Bóg by chciał nam je udzielić. Przyczyną jesteśmy my sami, ponieważ nasze życie, postępowanie wielokrotnie nas oddala od Boga zamiast nas przybliżać. A jeśli jesteśmy dalecy od Boga, to niby dlaczego Bóg ma nam błogosławić.

Ale to znowu tylko słowa...

poniedziałek, 17 października 2011

Razem Raźniej

Ostatnimi czasy dużo paliłem słomy w piecu. Wieżdżałem 250 kilowymi bolikami do pieca i... nie zawsze ten bolik chciał w tym piecu zostać. Dużo słomy mi wypadło ostatnio. Czasami garść, a czasami cały bolik. Wyciągnąłem z tego naukę. Im słomy więcej tym dłużej się pali. Głupie? Może... Ale to jest prawda oczywista, że większa ilość palącego się źdźbła słomy w jednym miejscu gwarantuje to, że temperatura dłużej się utrzymuje.

My jako chrześcijanie, jesteśmy jak ta słoma. Każdy z nas jest pojedyńczym źdźbłem, który sam, może się szybko spalić, o później zniknąć. Ale kilkadzisiąt źbłów, może nie będzie palić się żywym ogniem cały czas, ale żarzyć się będą przez długą chwile. W kościele będąc razem, możemy więcej niż nam się wydaje. Plany, które mamy w głowie mogą się szybko ziścić, nie dlatego że jesteśmy niezastąpieni, ale dlatego, że we wspólnocie będąc razem, a mając ten sam cel możemy dla boga więcej uczynić.  A nie jest ważne, aby to moje 'ja' zrobiło najwięcej, abym się wyróżnił, abym pokazał się innym. Celem działania, jest oddanie chwały Bogu. Nie jest ważne, aby pojedyńcze źdźbło paliło się dłużej, ważne, aby wydawać temperaturę, a wspólnie jest to realne.

Samotność, to połowa udziału porażki. Nikomu jej nie życzę.
"Lepiej jest dwom niż jednemu, gdyż mają dobry zysk ze swej pracy. Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego. Lecz samotnemu biada, gdy upadnie, a nie ma drugiego, który by go podniósł. Również, gdy dwóch śpi razem, nawzajem się grzeją; jeden natomiast jakże się zagrzeje? A jeśli napadnie ich jeden, to dwóch przeciwko niemu stanie; a powróz potrójny niełatwo się zerwie" (Koh. 4:9-12)

wtorek, 11 października 2011

Listek na Wodzie

Będąc nad Bobrem, rzeką płynącą przez Jelenią, widziałem w pewnym momencie tafle wody, idealnie płaską. Zero wiatru, tylko śpiew ptaków i niemalże stojąca woda - był to zalew, albo ślepa odnoga rzeki. Nie ważne. Istotne jest to, że było mnóstwo liści na tej wodzie, które płynęły spokojnie na powierzchni zgodnie ze słabym prądem wody. Trochę śmieci, kłoda drewna. Wszystko w wolnym ruchu, jakby czas się zatrzymał, ale jeden jedyny listek mknął z wielką szybkością (szczególnie na tle innych). Złapał wiatr, jakimś cudem. Podmuch, który go popchał. Wyglądało to spektakularnie.

Ten listek przypomniał mi Ducha Świętego. To właśnie poprzez Boży wpływ możemy to, co robimy. Realizujemy plany, wymyślamy nowe, służymy Bogu co raz to lepiej, układa nam się w życiu, w pracy, w rodzinie. Wszystko nabiera ładu i składu. Mądrze pomyślimy i powiemy. Mądrze postąpimy. Przede wszystkim, dzięki Duchowi, jesteśmy szybsi, więcej możemy, więcej potrafimy, na więcej nas stać (nie mówię o pieniądzach).

Duch Święty to Boża moc, o którą powinniśmy usilnie zabiegać, modlić się o Niego. To dzięki niemu jesteśmy bliżsi Bogu, czujemy Jego wsparcie i obecność, czujemy - dosłownie - że jest blisko. Bez Ducha, wszystko jest namarne, bez sensu. Jesteśmy 'my' i 'Bóg', niby coś nas łączy, ale w gruncie rzecz wszystko jest mechaniczne, wyuczone, bez uczucia i wyrazu. Jeśli masz dziewczynę/chłopaka, to przecież siłą rzeczy musicie sobie okazywać uczucia, może wręcz druga strona się tego domaga. A jak jesteście małżeństwem, to bez miłości ani rusz. Czy Bóg nie ma uczuć? Jeśli okazujemy je człowiekowi, to Bogu tym bardziej. Nie mówie tu o pustym 'kocham cię', ale życiu, w którym Bóg nasze oddanie dostrzeże, nasze zaanagożawanie, nasze serce, które myśli o Nim. Bez Ducha Świętego tego nie uczynimy, on jest tym nośnikiem, którego mi brakuje. Na tyle jestem wyjałowiony, że i modlitwa jest skomplikowanym procesem, a nie wylaniem serca przed Bogiem.

Jak się coś popsuło - relacje z Bogiem - to trzeba ją odbudować. A to proces...

niedziela, 9 października 2011

Wróbelki

Patrząc na przyrodę, można wiele się nauczyć. Patrzyłem ostatnimi czasy na wróble. Najbardziej pospolite ptaki naszego kraju. Co ciekawe. Latają one stadami: razem jedzą, razem uciekają gdy niebezpieczeństwo się zbliża. Trzymają się razem. Pojedyńczy wróbel jest zawsze w zagrożeniu, gdyż w jednej chwili nie można czuwać i jeść. W stadzie jest podział obowiązków.

W chrześcijaństwie jest podobnie. Samotny chrześcijanin jest w podobnym położeniu. Samotnemu ciężko się ostać, ciężko czuwać, wzrastać. Nie mówie, że jest to niemożliwe, ale zdecydowanie ciężej, aniżeli w przypadku bycia członkiem społeczności chrześcijańskiej. Bycie pustelnikiem, może i jest dobre, Jan Chrzciciel raczej duszą towarzystwa nie był, ale w pewnym momencie był w grupie wierzących, głównie swoich uczniów. Wniosek, grupa może więcej - w grupie możesz więcej.
"Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe" (Ga 6:2)

środa, 5 października 2011

Moje Chrześcijaństwo

Na Biblię nie mam czasu.
Pracuje od rana do wieczora.
Podczas dnia sporadycznie pomyślę o Bogu.
Biblię używam w niedzielę, na zebraniu.
Uważam się mądrego.
Podczas modlitwy, rozpraszam się i myślę o wszystkim i o niczym.
Mam problem z pychą.
Mam czas i siłę, aby siedzieć na TV czy kompie godzinami, ale kiedy mam poczytać Słowo, strasznie jestem zmęczony.
Na zewnątrz jestem ok, w środku.... szkoda słów.
...tak jest od lat.

I nadal uważam się za chrześcijanina.

niedziela, 25 września 2011

Żuczek i Chęć Pomocy

Byłem ostatnio na długim, całodziennym spacerze w mojej ukochanej "Dolinie Bobru". Idąc leśną ścieżką zauważyłem żuczka, który był obrócony do góry nogami i w żadnym razie nie mógł się obrócić. Żadnego wsparcia w otaczającej go przestrzeni, niemalże płasko na przestrzeni kilkudziesięciu centymetrów. W dodatku był to sam środek ścieżki, gdzie było wielu spacerowiczów, rowerzystów i - co mi osobiście przeszkadza w lesie i to bardzo - quad'owców. Co zrobiłem? Wziąłem kawałek patyczka i pomogłem mu obrócić się na nogi. Każdy z nas poszedł w swoją stronę, a mnie nasunęła się refleksja.

Czasami jest tak, a w dzisiejszych czasach może i częściej, że idąc przez nasze życie mijamy wielu ludzi, na których w ogóle nie zwracamy uwagi. Nie interesuje nas ich życie, zainteresowania, marzenia, plany i problemy. W tym momencie ja nie mówię, o ludziach nam obcych czy słabo znanych, ale o tych, którzy są częścią nas samych: naszej rodziny duchowej. Nie jest to zgodne z nauką Pisma Świętego:
"Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe" (Ga 6:2)
"by nie było rozdwojenia w ciele, lecz żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem" (1 Kor 12:25)
Nie mniej czasami jest tak, że kryjemy się z naszymi problemami i nie chcemy/nie potrafimy poprosić o pomoc. Wiemy doskonale, że nie udźwigniemy tego ciężaru, czujemy że on nas przerasta i chcielibyśmy dostać pomoc, lecz wewnętrzna "blokada" uniemożliwia ten krok. Wtedy "Duchowa Rodzina" powinna poczynić krok samoistnie, sama z siebie. Powinno dostrzec się symptomy zmiany nastroju czy zachowania i bez pytania czy specjalnej zachęty podejść i porozmawiać. Psychologowie mówią, że pewne oznaki odrzucenia innych, separowania się od dawnego otoczenia to nic innego jak wołanie o pomoc. Mówię wprost: czasami trzeba "nachalnie", wbrew logice wejść w czyjeś sprawy z butami i pomóc naszemu bratu/siostrze/przyjacielowi poukładać jego życie.

Taka też jest idea społeczności chrześcijańskiej. Wzajemne budowanie się, wspólne modlitwy, wspólne śpiewanie, rozważanie Słowa - to wszystko jest bardzo nas duchowo ubogacające, ale w pojedynkę, to nie przynosi praktycznie żadnych efektów. Czy jest możliwość znalezienie chociażby jednego wersetu, w którym to apostołowanie sugerują postawę "chrześcijanina-singla"? Nie istnieje taka nauka. Dlatego ważne jest, abyśmy w tym trudnym okresie Laodycejskim (Ap. 3:14-22) wzajemnie się nie tylko budowali, ale i (a może przede wszystkim) wspierali.
"wy również, niby żywe kamienie, jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa" (1 Ptr 2:5)
Ten żuczek nie prosił się o pomoc, ale mu pomogłem, gdyż stojąc z boku byłem pewien, że czeka go śmierć. Pomogłem - nie usłyszałem słowa 'dziękuje', po prostu poszedł dalej. My pomagając innym również powinniśmy się liczyć z tym, że służąc innym wcale a wcale nie powinniśmy oczekiwać najmniejszego wyrazu wdzięczności. Służba, w duchu miłości Chrystusowej to co więcej jak ludzkie dziękuje, to nagroda życia wiecznego dana od samego Wiekuistego Boga.

środa, 7 września 2011

* * *

O, jeszcze mi daleko do patriarchy;
Jeszcze się w pół-czcigodnym wieku liczę;
Jeszcze pomstują na mnie za plecami
W narzeczu zwad i kłótni tramwajowych;
"Taki, owaki..." cóż, przepraszam, ale
Ja w głębi duszy nie zmieniam się wcale.

Kiedy pomyślisz, co cię wiąże z światem,
To się samemu nie chce wierzyć: fraszka;
śródnocny klucz do cudzych drzwi i drobna
Monetka srebrna w kieszeni i jeszcze
Kliszy kawałem z filmu kowbojskiego.
- Do telefonu zrywam się jak szczeniak,
Przy każdym jego dzwonku histerycznym.
W nim jest coś z polskich słów: "Dziękuję pani",
Jakiś łagodny, nietutejszy wyrzut,
Czy też nie dotrzymana obietnica...

Wciąż głowię się: - co tu z sobą począć?
W trzasku szmermeli, w sztucznych ogni błysku
Wyszumisz się - i zanim się spostrzeżesz
Został ci bezczyn bezmyślny i bezwład;
Może spróbujesz przyjrzeć im się z bliska?
Uśmiecham się, nadrabiam wątle miną,
Chodzę na spacer z laską jasnogłową,
W zaułkach podsłuchuję serenady,
Przed każdym kramem oblizuję wargi,
Wertują książki w głębokich podsieniach...
Cóż, to nie życie. A to życie właśnie.

Osip Mandelsztam


Z tomiku "Kontrabanda" Jerzego Pomianowskiego,
Wyd. Austeria, Kraków - Budapeszt 2010

wtorek, 6 września 2011

Film "Luther"





Luter na cenzurowanym
Renata Karolewska, „Znaki Czasu” – luty 2006

     
  Jaka szkoda, że wyprodukowany zaledwie trzy lata temu film „Luter” nie trafił ani na polskie ekrany, ani do wypożyczalni, choć zebrał nie tylko dobre recenzje, ale i nagrody. Wygląda na to, że katolicka Polska nie życzy sobie filmu o pierwszym niemieckim protestancie. A szkoda, bo w 460. rocznicę śmierci Marcina Lutra warto byłoby przypomnieć sobie za sprawą tego filmu jego dzieło. Niedostępny drogą legalną „Luter” krąży obecnie w drugim obiegu. Jak duże jest nim zainteresowanie, niech świadczy fakt, że doczekał się nawet amatorskich napisów w języku polskim.
       Kto z nas nie zna historii przybicia 95 tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze przez skromnego niemieckiego augustianina, Marcina Lutra? Jednak ilu z nas zastanowiło się, co tak naprawdę przeżywał ojciec reformacji, jak wyglądało jego codzienne życie w okresie silnej dominacji Kościoła rzymskiego i jaką walkę musiał stoczyć z samym sobą, by nie ugiąć się pod naporem władz świeckich i kościelnych?
       Przyznam, że mnie do takiej refleksji pobudził film „Luter”. Choć od obejrzenia go minęło już trochę czasu, wciąż się zastanawiam, jak ja zachowałabym się na miejscu Lutra, czy wystarczyłoby mi wiary i determinacji, by nie wypowiedzieć revoco (odwołuję) w sytuacji, w której on się znalazł?
       Film opowiada historię skromnego, wrażliwego zakonnika (w tej roli Joseph Fiennes), który dzięki mecenatowi potężnego saksońskiego księcia Fryderyka zostaje doktorem teologii na uniwersytecie w Wittenberdze. Punktem zwrotnym w życiu Lutra staje się jego wizyta w Rzymie, mieście przypominającym siedlisko rozpusty, gdzie za pieniądze można było kupić wszystko: od seksu, przez drzazgi z krzyża Chrystusa, po zbawienie swoje i przodków. Szczególnie zapada w pamięci scena, w której spragnieni przebaczenia, rozmodleni wierni, zaopatrzeni wcześniej w dokument potwierdzający odpust, wspinają się na kolanach po schodach Scala Santa. U stóp schodów – niczym w manufakturze – beznamiętni duchowni sprzedają „paszporty do raju” każdemu, kto odpowiednio zapłaci. Ten kontrast sprawia, że w przyszłym ojcu reformacji rodzi się sprzeciw. Luter uzmysławia sobie, że w tym, na co patrzy, nie ma za grosz miejsca na Boże miłosierdzie. Liczy jednak na to, że gdy tylko papież dowie się o nadużyciach, będzie dążył do zmian. Niestety, Leon XII jest bardziej zainteresowany zbieraniem funduszy na bazylikę św. Piotra niż zastanawianiem się nad tym, czyim kosztem zostanie ona zbudowana. Dlatego zamiast poparcia, Luter trafia na głęboki opór. Nawet jego przyjaciel zakonny i opiekun duchowy, Johann von Staupitz (Bruno Ganz), wystraszony nagłą, wzmożoną aktywnością dominikanina Johanna Tetzla oraz reakcjami wysłanników papieskich, namawia go do odwołania swoich nauk. Tymczasem w całych Niemczech rośnie ruch zwolenników Lutra.
       Te doświadczenia pobudzają uczciwego mnicha do głębszych studiów i prowadzą do przekonania, że wierni powinni samodzielnie czytać Biblię i że do zbawienia nie są im potrzebne modlitwy odmawiane na akord. Film pokazuje emocje człowieka, który kocha swój Kościół i ma nadzieję na reformę kościelnej machiny chciwości i obojętności wobec cierpienia ludzi mamionych nadzieją na życie wieczne w zamian za napełnienie papieskiej kasy. Ta postawa spowodowała, że Lutrowi zagrożono klątwą i stosem, bo przecież w ten sposób podważył nie tylko naukę, ale też organizację Kościoła rzymskiego. Cesarz Karol V osobiście rozkazał mu wyrzec się swoich przekonań. Z historii wiadomo, że wystąpienie Marcina Lutra dało początek wojnom religijnym i kolejnym podziałom Kościoła. W jednej ze scen padają z jego ust znamienne słowa, że podzielił świat na pół. Luter szczerze bolał nad fanatyzmem ludzi, którzy w imieniu Chrystusa szybko popadli w skrajność i zaczęli atakować duchowieństwo oraz niszczyć znienawidzone kościoły.
       Film pokazuje walkę reformatora o biblijną prawdę w sposób przekonujący i – można rzec – duchowy. Opowieść wciąga, bo oto widzimy człowieka z krwi i kości, z jednej strony doświadczającego duchowych cierpień, z drugiej zaś ogarniętego pasją odkrycia przed ludźmi prawdziwego oblicza miłosiernego Boga, który nie żąda zapłaty za przebaczenie. Pokazuje człowieka, który chce, by ludzie zrozumieli, że żadna instytucja na świecie nie może dać człowiekowi zbawienia, że możemy je mieć wyłącznie dzięki łasce przez wiarę w Jezusa Chrystusa.
       Warto podkreślić świetną grę aktorską Brytyjczyka, Josepha Fiennesa (znany z tytułowej roli w „Zakochanym Szekspirze”). Uwagę zwracają też kapitalne kreacje Alfreda Moliny, odtwarzającego rolę demonicznego dominikanina Johanna Tetzla, i Petera Ustinova, grającego mądrego i dobrodusznego saksońskiego księcia Fryderyka, dzięki któremu Luter nie tylko przetłumaczył Biblię na język niemiecki, ale też nie skończył na stosie.
       Film, sądząc po recenzjach, spotkał się z życzliwym przyjęciem krytyków. Także nieliczni polscy widzowie, którzy mieli okazję obejrzeć obraz Erica Tilla na jednym z płatnych kanałów telewizyjnych, wypowiadają się o filmie pochlebnie – ich opinie można znaleźć na forach internetowych. W sieci można trafić też na krytykę turyńskiego historyka Luigiego Firpa, która została opublikowana w dzienniku „I1 Sole-24 Ore”. Zdaniem Firpa, podany przez twórców filmu wizerunek Lutra niewiele się różni od św. Franciszka czy ojca Pio. Ze szkodą – jak dodaje – dla prawdziwej wielkości postaci. Wydaje się jednak, że nie zawsze najważniejsza jest aptekarska dokładność.

poniedziałek, 5 września 2011

Asaf i Nadzieja Bezbożnych

O Asafie wiemy z Biblii nie wiele. Nie ma swojej historii, ma tylko swoje teksty w Księdze Psalmów. Asaf był śpiewakiem świątynnym z rodu Lewitów:
"Wszyscy lewici śpiewający: Asaf, Heman, Jedutun, ich synowie i bracia, ubrani w bisior, stali na wschód od ołtarza [grając] na cymbałach, harfach i cytrach, a z nimi stu dwudziestu kapłanów, grających na trąbach" (2 Krn 5:12)
Moją uwagę przykuł jeden z psalmów Asafa, Psalm 73. Nie chcę analizować go całego (werset po wersie), ale warto zastanowić się przekazem tych rozważań. Otóż Asaf dochodzi do pewnego wniosku, mianowicie, że bezbożni są ludźmi szczęśliwymi, że dobrze im się powodzi. Niejednokrotnie prowadzi to do zazdrości tych, którzy są wiernymi Bożymi, którzy takiego szczęścia nie mają:
"Zazdrościłem bowiem niegodziwym widząc pomyślność grzeszników. Bo dla nich nie ma żadnych cierpień, ich ciało jest zdrowe, tłuste. Nie doznają ludzkich utrapień ani z innymi ludźmi nie cierpią. Toteż ich naszyjnikiem jest pycha, a przemoc szatą, co ich odziewa" (Ps 73:3-6)
Do podobnych wniosków można dojść w innych fragmentach Pisma Świętego. Chyba jednym z najbardziej znanych, jest wywód Joba, który też z wielkim żalem boleje nad swym losem, mimo że uważa się za bogobojnego:
"Czemuż to żyją grzesznicy? Wiekowi są i potężni. Trwałe jest u nich potomstwo i dano oglądać im wnuki. Ich domy są bezpieczne, bez strachu, gdyż nie sięga ich Boża rózga. Ich buhaj jest zawsze płodny, krowa im rodzi, nie roni. Swych chłopców puszczają jak owce: niech dzieci biegają radośnie, chwytają za miecz i harfę i tańczą do wtóru piszczałki. Pędzą swe dni w dobrobycie, w spokoju zstępują do Szeolu" (Joba 21:7-13)
Przekaz jest bardzo wymowny: bezbożni są szczęśliwsi niż bogobojni. Powodzi im się lepiej, nie mają tylu trosk ani problemów. Wiodą życie w szczęściu i dostatku. Faktycznie tak jest. Nie mniej, zanim Asaf (podobnie jak Job) zauważa tą zależność, poprzedza swoje spostrzeżenia tak:
"A moje stopy nieomal się nie potknęły, omal się nie zachwiały moje kroki. Zazdrościłem bowiem niegodziwym widząc pomyślność grzeszników" (Ps 73:2-3)
Patrząc na tą sprawę i analizując ją staniemy w końcu na rozdrożu, gdzie będziemy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie: iść z Bogiem czy też nie iść z Nim? Asaf postawił sobie pytanie to, ale nie patrzył na tą sprawę w tak płytki sposób: być bogatym czy biednym, mieć przyjaciół czy też nie. To wszystko są ważne rzeczy z punktu widzenia czysto ludzkiego, ale Asaf spojrzał na sprawę głębiej, szuka odpowiedzi w istocie problemu i nie patrzył tylko na to doczesne życie, ale brał pod uwagę także konsekwencje tej postawy w przyszłości, tj. po śmierci.
"Rozmyślałem zatem, aby to zrozumieć, lecz to wydało mi się uciążliwe, póki nie wniknąłem w święte sprawy Boże, nie przyjrzałem się końcowi tamtych" (Ps 73:16-17)
Cała potęga bezbożnych, cała potęga ludzi, których nie obchodzi Bóg, tych którzy skupiają się na sobie, swoim 'ja', swoich planach, karierze, popularności, osiągnięciach społecznych czy materialnych, cały ten fundament jest piękny i wspaniały i na pewno każdego by zadowolił, ale ma on jedną zasadnicza wadę: jego sens kończy się z chwilą śmierci. Otaczająca nas rzeczywistość ma dwa wymiary, duchowy i cielesny. Ludzie wierzący całą swoją nadzieję, pokładają w wymiarze duchowym, licząc, że dopiero tam spotka ich zasłużona nagroda, wszelkie przywileje świata doczesnego, są dla każdego miłe - nie czarujmy się - ale nie stanowią swoistej nadziei dla wierzących.
"Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne" (Ga 6:8)
Jeśli odwracamy się od Boga i żyjemy na wzór ludzi bezbożnych, czyli kierujemy się priorytetami ludzi sukcesu (tych nie moralnych oczywiście), jestem przekonany, że ten sukces uda się osiągnąć i cele przez nas postawione z pewnością zostaną osiągnięte. Tylko co potem? Jeśli uważamy się za ludzi wierzących, to z pewnością zdajemy sobie sprawę z tego, że po śmierci "coś" jest, a tym "czymś" jest sąd. I co? Żaden samochód, dom, bogate osiągnięcia w CV, popularność u ludzi nie jest jakimkolwiek argumentem na sądzie Bożym. Chociaż nie, jest argumentem, ale za tym, aby udowodnić, że szukaliśmy tego co na ziemi, a nie tego co w niebie. Popularność to fajna rzecz, ale żeby ją osiągnąć trzeba być modnym, a wartości chrześcijańskie modne nie są: wstrzemięźliwość seksualna do ślubu, która celebrytka bądź celebryta mówi o takich rzeczach? Przecież wszystkie gazety by takie osoby obsmarowały i "bye bye" chwało i sławo. Bóg wskazuje na coś innego. I nie powinniśmy spodziewać się nagrody za nasze postępowanie i przestrzeganie odpowiednich zasad i norm w tym doczesnym życiu. Nasza nagroda nie jest w życiu tym, lecz przyszłym i tam powinniśmy dążyć naszymi myślami.

Kiedy Asaf patrzył na bezbożnych i ich sukces, a później zrozumiał, że ich nadzieja jest praktycznie nicością tak powiedział o sobie samym:
"Gdy się trapiło moje serce, a w nerkach odczuwałem ból dotkliwy, byłem nierozumny i nie pojmowałem: byłem przed Tobą jak juczne zwierzę" (Ps 73:21-22)
Często bywa tak, że doczesność przysłoni nam wieczność. To normalne, gdyż będąc cielesnymi ludźmi, grzesznikami, myślimy cieleśnie, i czasami możemy zbłądzić. Jest to standard, jednakże w żadnym wypadku nie powinniśmy na to przyzwalać. Powinniśmy się wystrzegać zbłądzenia. Bogactwo nie jest złe, ale jeśli jest sensem życia, to jest wtedy naszym wrogiem numer 1. Nie zazdrośćmy  innym ich sukcesów cielesnych. Zazdrośćmy innym ich sukcesy duchowe i te naśladujmy!

Jezus stojąc przed Piłatem powiedział, że Jego królestwo nie jest z tego świata. Tym samym dał wyraz temu, że mimo iż umrze za chwilę, ma nadzieję w innym świecie (duchowym). Jego naśladowcy mają tak samo, mają nadzieję, nie w tym wieku, ale w wieku przyszłym. Czy warto zatem naśladować tych, których grunt jest śliski?
"Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować" (Flp 3:20-21)

niedziela, 4 września 2011

"Open Doors": Indeks Prześladowań Chrześcijan 2011

Jakiś czas temu pisałem o prześladowaniach i byłem wtedy przerażony. Teraz jestem zrozpaczony! Żyję sobie w spokojnym kraju i mówiąc szczerze nie doceniam tego. Znalazłem w Internecie międzynarodową organizację zajmującą się prześladowaniami w sferze ogólnoświatowej "Open Doors", która w świetny sposób ilustruje obecną sytuację światową.

  

Zachęcam do obejrzenia ich strony internetowej http://www.opendoors.pl/
"Pamiętajcie o uwięzionych, jakbyście byli sami uwięzieni, i o tych, co cierpią, bo i sami jesteście w ciele" (Hbr 13:3)

sobota, 3 września 2011

Lewitujący Hindus na Rynku w Krakowie

Chyba każdy już widział Lewitującego Hindusa w Krakowie, dla tych, którym temat jest obcy (w co nie wierze), poniżej prezentacja "magii" :)


Wygląda to naprawdę świetnie, ja osobiście oniemiałem jak to zauważyłem pierwszy raz. Efekt jest powalający. Liczne spekulacje w Internecie odpowiadają jak to jest zrobione, a że wszystkie mówią o tym samym, to spekulacjami one już raczej nie są. Z odpowiedzią przychodzi nam BBC:


Ot i magia prysła :-D OK, śmiech, śmiechem, ale widząc tą sztuczkę nasunęła mi się pewna myśl. Iluż to ludzi jest dziś, a w przeszłości to ze zdwojoną siłą było zwodzonych przez horoskopy, wróżki, astrologów i inne medium? Hindus w Krakowie to żart, ale zrozpaczeni ludzie, którzy nie wiedzą co mają w życiu począć i idą do wróżki, która ewidentnie naciąga tylko na kasę, już żartem nie jest. Ci ludzie (bardzo często wierzący) zamiast iść do Chrystusa idą do człowieka. Ten kto widzi nadzieję w człowieku naraża się na przekleństwo:
"To mówi Pan: Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzaka na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście; wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną" (Jr 17:5-6)
Zjawiska paranormalne (pomijając naszego krakowskiego hindusa ;p) zawsze były, są i będą. Powiedzmy sobie szczerze, że szatan moc ma, i czynić rzeczy dziwne może. Pewnych zjawisk nie da się wyjaśnić, nie mniej można nim ulegać. Niektórzy, zrozpaczeni ludzie to robią, bardzo często pod wpływem (ciemnego) impulsu. Biblijnym przykładem jest tutaj Król Saul (2 Samuela 28), który zamiast do Boga, poszedł do wróżki w miejscowości En-Dor, aby tam poradzić się zmarłego już jakiś czas temu proroka Samuela. Oczywiście żadnej rozmowy nie było z Samuelem w rzeczywistości, ale Saul co chciał to usłyszał. Dziś jest podobnie, idziemy i płacimy, a skoro "klient nasz pan" to słyszymy to co chcemy.

Ludzie, którzy zajmują się tego typu działalnością i dają innym fałszywą nadzieję narażają się Bogu. Konsekwentnie ci, którzy do takich osób chodzą również:
"Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza" (Pwt 18:10-12)
"Jeżeli jaki mężczyzna albo jaka kobieta będą wywoływać duchy albo wróżyć, będą ukarani śmiercią. Kamieniami zabijecie ich. Sami ściągnęli śmierć na siebie" (Kpł 20:27)
"Także przeciwko każdemu, kto się zwróci do wywołujących duchy albo do wróżbitów, aby uprawiać z nimi nierząd, zwrócę oblicze i wyłączę go spośród jego ludu" (Kpł 20:6)
To wszystko, to nie jest jakaś moja nagonka, to konsekwencja czytania Biblii. To prawda, że mówię o poważnych rzeczach, ale są też i te "błache": pechawa '13', czarny kot, klucze na stole, rozsypana sól. Nie jest to przyrównane do wywoływania duchów, ale jest to także obrazą Boga. Dziwne? Wcale nie. Każdy przesąd ma swoją historię, swoje źródło. Takie przesądy mają swoje źródło w religiach pogańskich, bądź wywodzą się z pogańskich praktyk. Dla przykładu: czy podaje się rękę przez próg? Nie! A dlaczego?
"Tymczasem Filistyni zabrawszy Arkę Bożą zanieśli ją z Eben-Haezer do Aszdodu. Wzięli następnie Filistyni Arkę Bożą i wnieśli do świątyni Dagona i ustawili przed Dagonem. Gdy wczesnym rankiem mieszkańcy Aszdodu wstali oto Dagon leżał twarzą do ziemi przed Arką Pańską. Podniósłszy Dagona znów ustawili go na jego miejscu. Ale gdy następnego dnia wstali wczesnym rankiem, zauważyli, że Dagon znów leży twarzą do ziemi przed Arką Pańską, a głowa Dagona i dwie dłonie rąk są odcięte na progu, na swoim miejscu pozostał jedynie tułów Dagona. Dlatego właśnie kapłani Dagona i wszyscy wstępujący do domu Dagona nie depczą progu Dagona w Aszdodzie do dnia dzisiejszego" (1 Sm 5:1-5)
Tak, oczywiście - żadnego związku nie ma...

Jako chrześcijanie musimy z całą stanowczością odrzucić wszelkie pogańskie praktyki, gdyż dla tego typu uczynków w Królestwie Bożym miejsca nie ma...
"Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą" (Ga 5:19-21)

piątek, 2 września 2011

Ezechiasz (Hiskiasz)

Coś mnie tak wzięło na te 'wzory' czerpane z Biblii. Biblia jest drogowskazem, który ma człowieka zaprowadzić do Boga i robi to na różne sposoby. Jednym z tych dróg jest analiza czyjegoś życia i jego postępowania. Ciekawy przykładem jest Ezechiasz - król Izraelski. Analiza tej postaci jest o tyle ciekawa, że Ezechiasz został tak oceniony przez Biblię:
"W Panu, Bogu Izraela, pokładał nadzieję. I po nim nie było podobnego do niego między wszystkim królami Judy, jak i między tymi, co żyli przed nim. Przylgnął do Pana - nie zerwał z Nim i przestrzegał Jego przykazań, które Pan zlecił Mojżeszowi" (2 Krl 18:5-6)
Jego ojciec - Achaz - został podsumowany następująco:
"W chwili objęcia rządów Achaz miał dwadzieścia lat, a szesnaście lat panował w Jerozolimie. Nie czynił on tego, co jest słuszne w oczach Pana, Boga jego, tak jak jego praojciec, Dawid, lecz kroczył drogą królów izraelskich. A nawet syna swego przeprowadził przez ogień - na modłę ohydnych grzechów pogan, których Pan wypędził przed Izraelitami. Składał ofiary krwawe i kadzielne na wyżynach i pagórkach, i pod każdym drzewem zielonym" (2 Krl 16:2-4)
Fascynujące w tym wszystkim jest to, że Ezechiasz (w innych tłumaczeniach Biblii nazywany Hiskiaszem) wychowywał się w domu grzesznym, gdzie Bóg nie był należycie czczony. Achaz, był poganinem, który czynił praktycznie wszystko to, co Bogu się nie podobało. Hiskiasz wychowywał się wśród tego środowiska, wśród pogańskich kapłanów, gdzie można przypuszczać Bóg był może nawet i wyśmiewany. Nie mniej, kiedy objął władze królewską po swoim ojcu w wieku 25 lat (czyli miał wtedy tyle lat ile ja teraz), jego rządy były jak najbardziej oddane Bogu i tylko według Jego woli postępował. Nie dał się zbałamucić, widział to co czyni jego ojciec i patrzył na to, bo musiał, ale się z tym nie zgadzał. Efekt? Kiedy tylko objął władze, przywrócił należytą cześć Bogu w Jeruzalem.

Hiskiasz jest odbiciem tych osób, które chcą należeć do Boga i chcą Jemu służyć, ale wychowują się w domu, gdzie te wartości - mówiąc delikatnie - nie są na odpowiednim poziomie celebrowane. Sytuacja, kiedy dziecko w przeciwieństwie do rodziców, jest czcicielem Boga jest konfliktowa niemalże w 100%. Proroczo ma to swoje poparcie, więc młody człowieku, nie wpadał w panikę, czy inną złość, ale czytaj Słowo Boże z rozwagą! Zapowiedź wszelakich rodzinnych konfliktów w Biblii ma swoje miejsce:
"Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien" (Mt 10:34-37)
Prześladowania ze względu na Krzyż Chrystusowy to rzecz, któa jest nierozerwalna z chrześcijaństwem. Nie ważne czy to najbliższa rodzina czy osoba całkiem daleka i obca. Prześladowanie jest prześladowaniem, które należy znosić:
"I wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie w Chrystusie Jezusie, spotkają prześladowania" (2 Tm 3:12)
Tak więc konflikt (rodzinny) na tle religijnym jest rzeczą nad którą (szczególnie) młodzi chrześcijanie nie powinni się specjalnie dziwić. Nie sensu załamywać sobie ręce, dołować się czy zastanawiać. Trzeba działać. Pierwszym krokiem jest modlitwa do Boga o siłę i wytrwałość. O to, aby w tych ciężkich chwilach nie dać się sprowokować, nie powiedzieć za dużo, nawet o to by Bóg strzegł myśli naszych, abyśmy przypadkiem pilnując języka folgowali swemu sercu. Także modlitwa jest tu kluczowa, bo sami nic nie jesteśmy wstanie zrobić - jesteśmy tylko ludźmi.

Przez 25 lat Hiskiasz w pokorze znosić cierpienia i prześladowania ze strony bliskich. Z pewnością się buntował przeciwko swemu ojcu i jego praktykom, nie mnie nigdy nie zgrzeszył. Gdyby to robił, nie wiadomo, czy jego duchowy rozwój byłby taki jak być powinien. Oczywiście jest tu pewna sfera gdybania, ale powiedzmy sobie szczerze, że czymś musiał zasłużyć sobie u Boga przez te lata młodości, by później tak silnie pozytywnie zostać zweryfikowanych przez natchnione Słowo Boże. To co miał w dzieciństwie, było  niczym innym jak właśnie próbą. Próbą, o jakich wiele czytamy w Nowy Testamencie. Próbą na które każdy chrześcijanin czeka, spodziewając się fizycznego opluwania, mordowania, bicia, okaleczenia (jak to się dzieje szczególnie w krajach islamskich). A tak naprawdę, tą próbą może być to, że najbliższa osoba w życiu, jaką jest rodzic, po prostu zabrania Ci w należyty sposób uwielbić Boga, zabraniając Ci udziału w niedzielnych zebraniach czy innych szeroko pojętych 'pielgrzymkach'. Nie łatwo dostrzec w tych konfliktach próbę zesłaną od Boga. Nie łatwo, bo zazwyczaj w naszym duchowy rozwoju są braki, które nie pozwalają nam patrzeć na wszystko dookoła nas z należytą trzeźwością. A jak to się zrobi - znaczy dostrzeże się ten fakt, no to należy rozpocząć całą "procedurę" cierpienia chrześcijanina. Gorzej jak się tego nie dostrzeże zawczasu, albo bardzo późno w swoim życiu, wtedy co? Wtedy - i nie tylko wtedy, to przydała by się mądrość:
"Nabywaj mądrości, nabywaj rozwagi, nie zapominaj słów moich ust! Nie gardź nią, bo ciebie ocali, ukochaj ją, będzie cię strzegła. Podstawą mądrości: zdobywaj mądrość, za wszystko, co masz, mądrości nabywaj! Ceń ją, a czcią cię otoczy, okryje cię sławą, gdy ją posiądziesz; włoży ci wieniec wdzięczny na głowę, obdarzy zaszczytną koroną. Posłuchaj, synu, przyjmij moje słowa, a życie się twoje przedłuży. Poprowadzę cię drogą mądrości, ścieżkami prawości powiodę. Gdy pójdziesz nią - kroki twe będą swobodne, i choćbyś biegł, nie potkniesz się. Słuchaj nauki i nie gardź nią, strzeż jej, gdyż ona twym życiem" (Prz 4:5-13)

czwartek, 1 września 2011

Józef

Historia Józefa, to historia nadająca się do Hollywood'u. Zmarła mu mama (przy porodzie jego brata), kochany przez ojca, znienawidzony przez braci, namaszczony przez Boga, sprzedany do niewoli, niesłusznie oskarżony, wielce wywyższony w obcym kraju, geniusz administracji publicznej, zmarły w szczęściu i dostatku. Tak oto wygląda kilkanaście ostatnich rozdziałów Księgo Rodzaju. Nie że coś komuś sugeruje, ale gdybyście nie mieli pomysłu na scenariusz z morałem....

Ok, poważnie teraz.
Józef zawsze kojarzy się nam z młodością i jego dzieje, zawsze znajdują odzwierciedlenie w życiu szczególnie młodych czytelników Biblii. Kiedy analizuje się tą historię, można dostrzec pasmo niepowodzeń i porażek. Z braćmi się nie dogadywał, ale nie z jego winy, po prostu Ojciec darzył go szczególną sympatią. Został sprzedany do Egiptu, a tam niesłusznie oskarżony o gwałt, dwa lata przesiedział w więzieniu za niewinność. Czytając tą historię, nie możemy doczytać się słowa o tym, jakoby Józef narzekał. Nie ma najmniejszej wzmianki o tym, że odwrócił się od Boga, że Go odrzucił, lub miał pretensje do najwyższego za to, co go spotyka.

Nie dostrzegam dziś takiej postawy.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie dostrzegam tej postawy w lustrze przed którym często staje...

Narzekanie, to chleb powszedni, siłą rzeczy nie docenianie tego co posiadam, również jest standardem. Jakże często zdarza mi się 'jęczeć' lub po prostu grymasić, bo to czy tamto nie ułożyło się, lub nie układa tak jak bym chciał... Jakże rzadko zdarza mi się doceniać to, że jestem zdrowy i nigdy nie chodzę głodny. Dobrze, że żyję w tych łatwych czasach. Nie wiem, czy dochowałbym Bogu wierności w czasach intensywnych prześladowań chrześcijan. Może bym wytrzymał, może być się Boga zaparł. Dobrze, że jest mi łatwiej w demokratycznej Europie służyć Bogu, aniżeli być Pakistańczykiem wiary chrześcijańskiej, którzy są praktycznie mordowani i nikt nie robi z tego problemu. Nie przychodzą te prawdziwe doświadczenia, a ja z byle jakim problemem upadam. Co, kiedy przyjdą doświadczenia? Co, kiedy przyjdzie cierpienie? To w Józefie mnie fascynuje: chłopak (bo z pewnością miał nie wiele lat), dostał tak mocno w skórę od życia i nawet przez myśl mu nie przeszło, aby Boga odrzucić. Było źle i beznadziejnie, ale cały czas miał wiarę w swoim Bogu, był przekonany o tym, że Bóg go nie opuścił mimo całego tego bólu i cierpienia.

Często jest tak, że grzech napędza grzech. Jak raz wejdziemy na stronę porno, to drugie wejście przychodzi nam zdecydowanie łatwiej, później trzecie, czwarte, aż w końcu widzimy że jesteśmy na dnie, uzależnieni od tego typu treści. Nie powodzenia, często są naszym wewnętrznym przyzwoleniem na niedochowanie Bogu wierności "bo w końcu mnie opuścił". Pomijając fakt, kto tu kogo opuszcza, i w tym aspekcie Józef mnie fascynuje. Sprzedany do Egiptu, niewolnik u Potyfara, odmawia współżycia z jego żoną:
"Po tych wydarzeniach zwróciła na niego uwagę żona jego pana i rzekła do niego: Połóż się ze mną. On jednak nie zgodził się i odpowiedział żonie swego pana: Pan mój o nic się nie troszczy, odkąd jestem w jego domu, bo cały swój majątek oddał mi we władanie. On sam nie ma w swym domu większej władzy niż ja i niczego mi nie wzbrania, wyjąwszy ciebie, ponieważ jesteś jego żoną. Jakże więc mógłbym uczynić tak wielką niegodziwość i zgrzeszyć przeciwko Bogu?" (Rdz 39:7-9)
Kolejna rzecz, która mnie ujmuje. Mimo nie powodzeń, nie zapomniał o swoich wartościach: wierność, zaufanie, zasady Boże - cały czas one mu towarzyszyły. Trochę mi głupio tak pisać, bo ja aż tak nie mam przegwizdane, a te moje problemy, to często sam sobie stwarzam w głowie. Mimo tej lekkości moich problemów, nie dochowuje wierności Bogu. Im mi lżej i lepiej, tym daje sobie więcej pofolgować.

Ciężko pisać mi o Józefie w sposób analityczny, gdyż myślę, że jego życie to totalna abstrakcja do mojego i ciężko mi przeanalizować jego zachowanie i dotknąć punktów newralgicznych w historii jego życia.
"Patriarchowie sprzedali Józefa do Egiptu, przez zazdrość, ale Bóg był z nim" (Dz 7:9)
Tak żyć i tak postępować, aby mój Bóg (ten sam, który był Józefa) był i ze mną.

środa, 31 sierpnia 2011

Epafras

Modlitwa jest jedną z najistotniejszych rzeczy naszego życia. Dużo się z nią wiąże. Dzięki słowom modlitwy mamy możliwość bezpośredniego kontaktu z naszym Bogiem. Pismo Święte pokazuje modlitwę w różnych aspektach, tak indywidualnych, jak i zbiorowych. Możemy modlić się sami za siebie, a możemy modlić się za kogoś, siłą rzeczy, ktoś może modlić się i za nas. Wszystko to ma osobisty, duchowy wymiar. Epafras, to człowiek, o którym ciężko się czyta w Biblii, gdyż możemy znaleźć jedynie trzy wersety o nim mówiące, związku z tym nie rzuca się w oczy. Nie mniej, warto się jemu przyjrzeć:
"Pozdrawia was rodak wasz Epafras, sługa Chrystusa Jezusa zawsze walczący za was w modlitwach o to, abyście stali mocno, doskonali w pełnieniu każdej woli Bożej" (Kol 4:12)
Jedno zdanie a w nim słowo 'zawsze'. Mnie ono troszkę zawstydza. Wielokrotnie w przeszłości potrzebowałem czyjejś modlitwy i ją otrzymałem. Czasami tak była ona silna, że mimo wielkiej odległości między nami, czułem jej skutki niemalże natychmiastowe - wiem, brzmi to dziwnie, ale nie widzę żadnych różowych myszek... Czasami też i mnie proszono o modlitwę, a ja 'czasami' się modliłem.

Modlitwa jest pewnego rodzaju odbiciem naszego wnętrza. Generalizując, modlitwa ma 3 części:
  1. Prośba do Boga o moje sprawy
  2. Prośba za innych
  3. Dziękczynienie
Pomijam kolejność, ale zwracam uwagę na akcenty. Z jakim zapałem i żarliwością modlę się o siebie, a z jaką siłą o innych? Naturalnie, że bardziej skupiam się na sobie niż na innych. O siebie to proszę cały czas, o innych wspominam. Nic z tego, że prosząc o siebie, proszę o sprawy wzniosłe: zmianę życia, mądrość, roztropność, o Ducha, lepsze poznanie.... Nie będę przecież prosić Boga o Mercedesa, aż tak zepsuty nie jestem! Chociaż.... tak jestem.... Skupiając się na sobie, udowadniam przede wszystkim sobie, jak bardzo jestem samolubny, jak bardzo obchodzi mnie moje 'ja'. W tak prostej czynności, jaką jest modlitwa mogę dostrzec swoje zepsucie. 

Apostoł Paweł, który wystawił takie, a nie inne świadectwo Epafrasowi, dostrzegał w nim to, jak on mało myślał o sobie, a całym sercem był zatroskany o innych - w tym wypadku swój rodzinny zbór w Kolosach. To jest prawdziwy wzór. Jedno zdanie o tym człowieku i nie mogę powiedzieć, że jestem taki sam. Jestem jego totalnym przeciwieństwem. 

Idźmy dalej. Trzecią częścią modlitwy jest dziękczynienie Bogu. Ile razy mówię 'proszę, daj', a ile razy mówię 'dziękuje'. Tutaj też nie mogę się zbytnio pochwalić jakimiś sukcesami. Jeśli więc Bogu nie oddaje należytej chwały, a tym samym nie mam na uwadze w odpowiednim stopniu akcentu Boga w mojej modlitwie, to dlaczego mam się dziwić, że nie myślę o innych ludziach, skoro nie myślę nawet o Bogu?!?!
"Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich!" (Flp 2:4)
Ot i jeden werset, o mało znaczącej i znanej osobie udowodnić może jak bardzo jest się zepsutym.