Google Website Translator Gadget

sobota, 16 marca 2013

Ja, biegacz

W ciągu ostatnich 4 lat kilka razy zaczynałem regularnie biegać. Ta regularność trwała najwyżej miesiąc. Po tych wszystkich latach porażek doszedłem do wniosku, że to nie o brak kondycji chodziło, nadwagę czy brak adidasów za 500 zł. Moje problemy miały początek i koniec w mojej głowie. Brak wytrwałości, systematyczności, ‘słaba’ silna wola – mógłbym tak wymieniać długo. Jednakże i to nie definiuje problemu. Schodząc głębiej, dostrzegam problem samotności – biegałem sam. Sam musiałem się mobilizować, biec, pokonywać siebie, swoje słabości, które zaledwie po kilometrze dawały o sobie znać.
Kiedy się przeprowadziłem, znalazłem „running partnera” i mimo większej nadwagi i zdecydowanie mniejszej formy nagle jakoś zaczęło się to sklejać. Bieganiem tego jeszcze długo nie nazwę, jednakże po tych kilku tygodniach odkryłem, że tu nie chodzi o bieganie. Forma, figura, kilogramy to są sprawy drugorzędne. W bieganiu chodzi o to, czego nie dostrzegamy: wytrwałość, sumienność, stanowczość i – co w moim wypadku jest kluczowe – zaparcie się samego siebie. I uwierzcie, naprawdę nie przesadzam.
Kluczem mojego małego zwycięstwa jest to, że nie jestem solo, a w tandemie. Wzajemna mobilizacja, która wyciska dodatkowe metry, każe wstać o szóstej rano, powoduje, że się „chce”. Dziś wyjątkowo wstałem i pobiegłem sam. Dystans zdecydowanie krótszy, może i łatwiejszy, ale zdecydowanie gorszy – tylko dlatego, że samotny. Już nie było mobilizacji na dodatkowe metry.
Te same zasady dostrzegam w chrześcijańskiej wspólnocie. W samotności na pewno będzie możliwość duchowego wzrostu, ale w tandemie lub może w całym kościele mówimy o treningu w pełni profesjonalnym. Kiedy doświadczenia stają się za ciężkie, jest ktoś, kto zagrzeje do walki. Kiedy nie mamy już sił, jest ktoś kto nas podniesie. Kiedy mamy już dość, jest ktoś, kto na nas poczeka. Za wszelką cenę nie wolno wypadać z rytmu. Nie szybkością i siłą, ale systematycznością pokonamy wszelkie wewnętrzne przeszkody. Forma przyjdzie sama.
(Opublikowane na ePatmos.pl)

poniedziałek, 11 marca 2013

Czekaj!

Wielokrotnie, kiedy zanosimy nasze prośby do Boga, najtrudniej jest nam znieść to, że musimy czekać, że rzadko kiedy odpowiedź na nasze modlitwy otrzymujemy natychmiast. Ból jest tym większy, im bardziej nam na czymś zależy. Podstawowym problemem jest to, że Bóg ma Boski punkt widzenia, a my tylko ludzki. To powoduje, że już w „przedbiegach” stoimy na straconej pozycji. Wykłócanie się z Panem Bogiem o metody Jego postępowania jest bezcelowe. Trzeba uznać Jego wyższość i w modlitwie prosić o zrozumienie tego, co zdaje się nas przerastać. A Bóg ma dość bogaty wachlarz możliwości…
Gedeon był sędzią w Izraelu i został powołany przez Boga do walki z Madianitami. Biblijne określenie liczebności wrogich wojsk nie jest precyzyjne: Madianici, Amalekici i cały lud ze Wschodu leżeli w dolinie, zebrani tak licznie jak szarańcza. Wielbłądów ich było bez liczby – jak piasku nad brzegiem morskim(Sędz. 7:12). Trudno powiedzieć, czy było ich 100 tysięcy, 500 tysięcy, czy może milion. Nie jest to istotne na tyle, żeby od tej liczby zależeć miały dalsze losy bitwy. Było ich dużo, na tyle dużo, że nie dało się ich policzyć. Izraelskich żołnierzy było natomiast 32 tysiące. Liczba duża, świadcząca o potędze militarnej i nie do zbagatelizowania. Konfrontując te dwie armie, Bóg oświadcza Gedeonowi: Zbyt liczny jest lud przy tobie, abym w jego ręce wydał Madianitów, gdyż Izrael mógłby przywłaszczyć sobie chwałę z pominięciem Mnie i mówić: „Moja ręka wybawiła mnie” (Sędz. 7:2).
Liczba Izraelitów nie gwarantowała zwycięstwa, ale dawała na nie szansę. Z Bożą pomocą armia taka może być prawdziwą potęgą. Bóg jednak postępuje „nieracjonalnie” – z militarnej potęgi izraelskiej pozostawia tylko trzystu wojowników. Kilkadziesiąt tysięcy doborowych żołnierzy, żądnych krwi izraelskiej staje naprzeciw trzystu gorliwych Izraelitów. I kto wygrał? Oczywiście armia Izraela!
Jaki jest sens takiego Bożego postępowania? Werset z Sędz. 7:2 tłumaczy właściwie wszystko. Bóg interweniuje, ale gdy to robi, nie ma najmniejszych wątpliwości, że to Jego ręka dokonała danego dzieła. On – jak to sam wielokrotnie zaznaczał – jest Bogiem zazdrosnym i nie chce dzielić się należną Mu chwałą z innymi. Zwycięstwo Izraelitów z praktycznie przegranej pozycji stanowiło jasny sygnał, że nie oni sami się wybawili, lecz że to Bóg osobiście interweniował. Z naszymi problemami jest dokładnie tak samo.
Ile razy zdarzało się nam, że mimo modlitw zanoszonych do Boga było tylko gorzej. Załóżmy, że mamy problem, który nam bardzo doskwiera i całkowicie nas pochłania. Zanosimy gorące prośby do Boga, wołamy do Niego, a dzieje się tylko gorzej. Im głośniej wołamy do Wiekuistego, tym więcej dostrzegamy przeszkód i kłód pod nogami. Pokładana w Nim nadzieja często wtedy zawodzi, bo problemy zamiast maleć, narastają. Powoduje to nasze rozgoryczenie i zniechęcenie.
W takich sytuacjach często wątpimy i w rezultacie bierzemy sprawy w swoje ręce, z wiadomym skutkiem. Tylko z pozoru Bóg zachowuje się nieracjonalnie. Nie ma takiej możliwości, żebyśmy zostali przez Niego porzuceni. Nasze problemy nie są Mu obojętne. A mimo to czasami odchodzimy niemalże od zmysłów, gdy tak do Niego wołamy i wołamy, a jedyne, co słyszymy, to echo własnych słów... W pewnym momencie człowiek nie pyta już Boga „czy”, ale „kiedy w końcu” – Ty jesteś wspomożycielem moim i wybawcą; Boże mój, nie zwlekaj! (Ps. 40:18).
Bóg jednak często zwleka. Ma ku temu powód. To, że każe nam czekać, ma uzasadnienie, tylko że my nie rozumiemy Boga i niejednokrotnie nie potrafimy znaleźć żadnego wyjaśnienia takiego, a nie innego obrotu sprawy. Ale bez względu na wszystko, cokolwiek by się nie działo, jeśli Jemu powierzyliśmy nasz problem, to wiedzmy, że nie został on odłożony ‘ad acta’. On wie, rozumie i zainterweniuje. Tylko czasami trzeba – także w niezrozumieniu otaczających nas faktów – czekać. Modlić się i czekać. Modlić się, aby nasz punkt widzenia był jak najbardziej zbliżony do Boskiego, i czekać…
Jak wiadomo, czekanie przychodzi najtrudniej.
Złożyłem w Panu całą nadzieję;
On schylił się nade mną
i wysłuchał mego wołania.
Wydobył mnie z dołu zagłady
i z kałuży błota, a stopy moje postawił na skale
i umocnił moje kroki.

Psalm 40:2‑3

(Opublikowane na ePatmos.pl)

czwartek, 7 marca 2013

RMS Titanic

Armator "White Star Line" z początkiem XX wieku zbudował trzy transatlantyckie statki klasy Olympic: Olympic, Gigantic (późniejszy Britanic) oraz Titanic. Te trzy okręty miały serie niepowodzeń praktycznie od chwili opuszczenia doków. Albo tonęły w pierwszym lub jednym z pierwszych rejsów, albo nie pełniły roli do jakiej zostały zbudowane. Każdy z nich ma tragiczną historię, ale tylko Titanic żyje w umysłach tysięcy ludzi na całym świecie do dziś. Statki te cechowała podobna konstrukcja i miały być wyrazem przede wszystkim luksusu, prędkości i potęgi. Żaden z bliźniaczej trójki nie był tak celebrowany jak Titanic. Statek zachwycał urodą i był owocem technologicznego skoku w szeroko pojętym przemyśle, poprzez zastosowanie innowacyjnych rozwiązań. Człowiek w 1912 roku, patrząc na niego, bez wątpienia mógł być dumny z tego, że jest człowiekiem.
Titanic to nie tylko statek. To symbol. Symbol potęgi, nieograniczonych możliwości, przełamania kolejnych barier. Titanic to symbol walki o niepodległość i suwerenność, o kontrolę nad sobą samym, o zrzucenie jarzma wszelkiej siły zwierzchniej. To kolejna odsłona walki z Bogiem o dominację nad życiem. Ten statek nie był pierwszą próbą walki ze swymi "słabościami". Już dużo wcześniej człowiek rzucił Bogu rękawicę.
Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa.A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali.I mówili jeden do drugiego: Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu. A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej,rzekli: Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi (Księga Rodzaju 11:1-4). Historia ta nie tłumaczy bezpośredniej winy ludzi, nie pokazuje intencji. To już wyjaśnia nam archeologia. Ówczesne ludy prowadziły koczowniczy tryb życia. W pewnym momencie jednak ludzie osiedlili się w ziemi, którą dziś nazywamy Mezopotamią, i zaczęli budować miasto. Zbudowanie wieży w tamtej kulturze było tak samo oczywiste jak dziś… posiadanie telefonu komórkowego. Owa wieża nie służyła tylko i wyłącznie do celów obronnych, ale przede wszystkim była znakiem tożsamości (narodowej, społecznej) oraz symbolem religijnym. Te wieże to były schodkowe piramidy, które – im większe – tym bardziej czyniły miasto sławnym. Jednak przede wszystkim były one poświęcone jakiemuś bóstwu. Owa biblijna wieża z cegły symbolizowała ideę, sen człowieka o potędze, miała budzić postrach u innych i… była najlepszym dowodem ludzkiej pychy. Tu nie chodzi o budowlę w ogóle. Takich wież wokół Babilonu było sporo, ale tylko w przypadku budowy tej jednej Bóg zareagował, gdyż to właśnie ta jedna była wyrazem pychy sięgającej samego nieba.
Stan serca człowieka znacznie się zmienił od czasu potopu. Człowiek znów zaczął oddalać się od Boga, próbując zbudować system, który w pełni uniezależni go od jego Stworzyciela, pozwoli mu wybrać sobie własnego boga i postępować według tylko własnej woli. Bóg kładzie kres tym zamierzeniom. Nie dlatego, że boi się o swoją pozycję albo żeby ukarać człowieka. Bóg kieruje się tutaj, jak zwykle zresztą, chęcią przekazania człowiekowi lekcji, która miała mu służyć przez kolejne tysiąclecia. Przede wszystkim: pycha będzie ukarana – w przypadku potopu mówimy tu o karze śmierci, w przypadku wieży Babel 'tylko' o pomieszaniu języków. Po drugie, Bóg nie pozwoli, aby Mu urągano: owa wieża budowana była ku czci nieznanego nam, co prawda, lokalnego bożka, lecz z pewnością nie na chwałę Bożą. Po trzecie – Bóg jest Bogiem jedynym i nikt nie ma prawa piastować tego urzędu oprócz Niego. Każda próba obalenia Jego władzy kończy się Bożą interwencją (przykładem może być tu Lucyfer).
Ludzie przez wieki budowali systemy i struktury, które z założenia miały organizować ludzkość w jedną strukturę, aby tak zjednoczona mogła osiągnąć swoje cele, z których głównym był (i jest) bunt przeciw Bogu. Przykładem mogą być liczne mniejsze i większe imperia, które także zostały w Biblii opisane na długo przed ich powstaniem (Dan. 2). Każdy system upadał i nie można powiedzieć, że za każdym razem Bóg musiał interweniować. Oczywiście, brak Jego interwencji w przypadku wieży Babel mógł być katastrofalny w skutkach, naturalnie nie dla samego Boga, ale dla człowieka – mówię tu o samounicestwieniu (w szeroko pojętym znaczeniu tego słowa). Zauważmy, że nawet w naszym codziennym życiu nasze przedsięwzięcia często się nie udają, projekty upadają a plany obracają się w niwecz, gdyż kierujemy się egocentryzmem, pychą, nie dostrzegamy potrzeb innych, nie pojmujemy pojęcia "wspólnego interesu" i przede wszystkim nie jesteśmy w stanie realnie ocenić skutków naszych decyzji.
Titanic, to nie wieża Babel ani Imperium Rzymskie, jednak to ta sama idea. Statek określono mianem niezatapialnego. Konstrukcja miała być tak pewna, że zmniejszono ilość szalup ratunkowych, gdyż uznano je za kompletnie zbędne. Chęć dominacji powodowała, że człowiek, zamiast zbudować statek bezpieczny, skupiał się na rozmiarach, i na tym by przełamać wszelkie istniejące do tej pory w tym względzie bariery. A z drugiej strony pośpiech, terminy, nie najlepszej jakości materiały, stal ze zbyt dużą ilością siarki i węgla, która pod wpływem niskiej temperatury stawała się krucha, zrobiły swoje…, Pewność siebie i „cała naprzód” razem spowodowały jedną z największych katastrof morskich w historii ludzkości. Ale to i tak nie zmienia faktu, że to „Bóg jest wszystkiemu winien” – jak można było wielokrotnie usłyszeć swego czasu. W końcu to On umieścił tam tę górę lodową… . Dzięki temu człowiek chcący być ślepym, nadal może ślepym pozostać…
Bóg, widząc wieżę Babel, powiedział: A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić(Księga Rodzaju 11:6). I to prawda. Wyznaczamy cel i pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy go zrealizujemy. Obecnie mówi się o kolonizacji Marsa – przewidywana data to 2020. Jedyne co może się nie udać to termin, bo cel na pewno uda się ludziom osiągnąć. Tylko, jak pokazuje historia, wyznaczane przez nas cele i droga do ich osiągnięcia mogą prowadzić nas do autodestrukcji.
Pewność siebie – pycha ludzi – została oddana w licznych 'napisach', pozostawionych na statku: "Ani sam Chrystus nie zatopi tego okrętu”, „Nie ma Boga, któryby zdołał ten okręt w odmętach morskich pogrążyć”. Gdy statek tonął, okrętowa orkiestra grała „Nearer, My God, to Thee” (Być bliżej Ciebie, Boże, chcę). Dobrze, że zwrócono się do Boga. Szkoda tylko, że wtedy kiedy statek tonął, a nie wtedy kiedy stał jeszcze w dokach.
(Opublikowane na epatmos.pl)

piątek, 1 marca 2013

Spotkajmy się

Mamy wielu znajomych i przyjaciół, którzy są z nami tak długo i na tyle blisko, że ciężko nam sobie wyobrazić życie bez nich. Spędzamy ze sobą czas, bo czujemy się dobrze we wspólnym towarzystwie. Więzi takie budujemy zarówno w naszych kościołach, jak i w gronach z życiem wspólnotowym niezwiązanych, przy czym pierwszy rodzaj więzi charakteryzuje się szczególnym spoiwem – celem naszych spotkań jest oddanie chwały Bogu. Aby jednak uczęszczanie na coniedzielne nabożeństwa było nie tylko indywidualnym przeżyciem duchowym, ale i przyjemnością dzielenia tego czasu z bliskimi, musimy się dobrze czuć w naszej wspólnocie, musi w niej panować miła atmosfera. A za to wszystko odpowiedzialni są właśnie ludzie, którzy ją współtworzą.
Zarówno Nowy, jak i Stary Testament kładzie nacisk na aspekt społeczności, wspólnego zgromadzania się w celu oddania chwały Bogu, pochylenia nad lekturą Świętych Pism czy uroczystego świętowania. Rozmowa z drugim człowiekiem dużo daje, podobnie jak wspólna modlitwa. Nie mniej w niedzielnym wspólnym zgromadzaniu się odczuwalny bywa pewien dystans. Nabożeństwa bowiem odbywają się według określonego porządku, który definiuje kanony zachowania, co ogranicza nieco naszą swobodę. Nie krytykuję tu bynajmniej ustalania organizacyjnych i obyczajowych ram nabożeństwa, albowiem sam Bóg w Torze ustanowił zalecane zasady postępowania zarówno w sprawach świętych, jak i codziennych. Nic więc dziwnego, że i ludzie formułują swoje kanony wspólnotowego funkcjonowania. Nie mniej często brakuje nam dodatkowych spotkań poświęconych rzeczom duchowym, a przy tym pozwalających nam czuć się i wypowiadać się swobodniej.
Dlatego też pomyśleliśmy o zwykłych spotkaniach w zwykłym miejscu i ze zwykłymi ludźmi, służących zwykłym rozmowom na niezwykłe tematy. Tak wiele przecież mamy refleksji nad życiem, nad samymi sobą, nad tym, co duchowe. Wielokrotnie też nie rozumiemy otaczającej nas rzeczywistości, chcemy się podzielić wątpliwościami czy osobistymi spostrzeżeniami dotyczącymi choćby bieżących zagadnień, z jakimi spotykamy się oglądając telewizję lub czytając gazety.
Postanowiliśmy więc zredukować wszystko to, co mogłoby nas onieśmielać. W tygodniu spotykamy się w kilka osób w sympatycznym miejscu, otwieramy Biblię i już. Rozmawiamy o tym, co tam jest napisane, co myślimy i czujemy. Jest tak jak w niedzielę, tylko luźniej.
A może masz chęć przyjść? Więcej informacji na stronie Biblijne Spotkania.

(Opublikowane na ePatmos.pl)

środa, 20 lutego 2013

Boża łaska a ludzkie uczynki

Na początku przedstawmy krótko, na czym polega problem. Pismo Święte mówi, że zbawienie jest z łaski, a nie dzięki naszym uczynkom. Jednakże wspomina też, że nasza wiara musi być poparta uczynkami. Zatem czy na pewno tylko łaska ma znaczenie dla naszego zbawienia? W tym wszystkim należy znaleźć jakiś środek ciężkości i wykazać współzależność tych dwóch pojęć, rozwiewając tym samym mit ich wzajemnej opozycyjności.
Apostoł Paweł w wielu miejscach twierdzi stanowczo, że uczynki nie mają znaczenia w kontekście zbawienia, gdyż – jak mówi – zbawienie jest z łaski: Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga. Nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił (Efez. 2:8-9). Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi[…] (Rzym. 3:23-25). Apostoł wykazuje, że obecnie uczynki nie mają już zbawiającej mocy, jaka była zagwarantowana w starotestamentowym Prawie żydowskim: Jeżeli zaś dzięki łasce, to już nie ze względu na uczynki, bo inaczej łaska nie byłaby już łaską (Rzym. 11:6).
Poprzestanie na tym stwierdzeniu prowadzi jednak do błędnego nauczania o „taniej łasce”, które sugeruje, że tak naprawdę możemy żyć jak chcemy, według zwyczajów tego świata i bez żadnych ograniczeń, grzesząc bez wyrzutów sumienia. Podstawą takiego myślenia jest pogląd, że skoro zbawienie jest z łaski, to miłosierny Bóg wybaczy wszystko. To prawda, że Bóg gotów jest nam wszystko wybaczyć, prawda też, że jest On wielce miłosierny. Ale prawdą jest również fakt, że Bóg się nie da z siebie naśmiewać (Gal. 6:7). Postawmy więc pytanie za apostołem Pawłem: Jaki stąd wniosek? Czy mamy dalej grzeszyć dlatego, że nie jesteśmy już poddani Prawu, lecz łasce? Żadną miarą! (Rzym. 6:15).
Łaska, którą otrzymaliśmy od Boga, okazana została w Chrystusie. Ta łaska nie jest pustym słowem, ale aktem poświęcenia Syna na rzecz ratowania nas, grzeszników. Faktycznie, niczym sobie na to nie zasłużyliśmy, jeśli jednak postanowiliśmy przyjąć tę łaskę, jesteśmy zobowiązani wobec Boga wiarą: Gdzież więc podstawa do chlubienia się? Została uchylona! Przez jakie prawo? Czy przez prawo uczynków? Nie, przez prawo wiary(Rzym. 3:27). Bezpośrednią odpowiedzią człowieka na dar łaski jest wiara w zbawienną krew Chrystusa. Ta wiara nas wypełnia i jest swoistym wyznacznikiem naszego duchowego stanu. Możemy mieć małą lub wielką wiarę, możemy też prosić Boga o wiarę. Wiara to nie tylko świadomość, że jest Bóg, który dał swego Syna, aby umarł za nas i zmartwychwstał. Wiara to także stan naszego serca, naszej bliskości z Bogiem, autentyczności naszych uczuć względem Niego, to poziom naszej wdzięczności. Wiara to my sami. I jacy jesteśmy, taka też jest nasza wiara.
W tym momencie, mówiąc o wierze, samoczynnie przechodzimy do zagadnienia uczynków. Należy podkreślić, że zaprzeczenie przez Apostoła wagi uczynków odnosi się tylko i wyłącznie do uczynków starotestamentowego Prawa przekazanego od Boga przez Mojżesza. Według Tory człowiek był weryfikowany nie na podstawie łaski, ale na podstawie przykazań i przepisów, których miał ściśle przestrzegać. Uchybienie choćby najmniejszemu było równoznaczne z unicestwieniem szansy na zbawienie. Wart odnotowania jest fakt, że ten sam Apostoł, który tyle mówi o bezużyteczności uczynków Zakonu, podkreślając tym samym moc łaski, równie silnie podkreśla ważność uczynków przez nas wykonywanych. Paradoks? Nie, tylko wybiórcze czytanie wersetów. Na samym początku tego artykułu zacytowałem wersety zapisane w Efez. 2:8-9. Przyznaję, zrobiłem to z premedytacją, aby teraz położyć na to nacisk. Większość pseudonauczycieli Bożej łaski dziwnym trafem zapomina o wersecie 10, który w kontekście brzmi tak: Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga:nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili(Efez. 2:8-10). Zaraz po stwierdzeniu, że nie z uczynków jesteśmy zbawieni, Paweł mówi o celu naszego życia w Chrystusie: spełnianiu dobrych uczynków. Jaki jest więc tok rozumowania Apostoła?
Niegdyś bowiem i my byliśmy nierozumni, oporni, błądzący, służyliśmy różnym żądzom i rozkoszom, żyjąc w złości i zawiści, godni obrzydzenia, pełni nienawiści jedni ku drugim. Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga, do ludzi,nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego. Nauka ta zasługuje na wiarę, i chcę, abyś z całą stanowczością o tym mówił, że ci, którzy wierzą w Boga, mają się starać usilnie o pełnienie dobrych czynów. Jest to dobre i pożyteczne dla ludzi (Tyt. 3:3-8).
Nasze uczynki w żaden sposób nie wpłynęły na Bożą decyzję odnośnie udzielenia nam łaski. To nieistotne, czy przed swoim nawróceniem mordowaliśmy, okradaliśmy innych czy kopaliśmy studnie w Ugandzie. Nie ma to najmniejszego znaczenia. Bóg otworzył przed człowiekiem możliwość zbawienia bez względu na to, kim on był lub jest. Jednak łaska, jaką otrzymaliśmy, jest wezwaniem do życia w niej poprzez wiarę, wyrażoną nie tylko w słowie, ale przede wszystkim w czynie: Ukazała się bowiem łaska Boga, która niesie zbawienie wszystkim ludziom i poucza nas, abyśmy wyrzekłszy się bezbożności i żądz światowych, rozumnie i sprawiedliwie, i pobożnie żyli na tym świecie, oczekując błogosławionej nadziei i objawienia się chwały wielkiego Boga i Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa,który wydał samego siebie za nas, aby odkupić nas od wszelkiej nieprawości i oczyścić sobie lud wybrany na własność, gorliwy w spełnianiu dobrych uczynków (Tyt. 2:11-14).
Możemy zatem rozwiać wszelkie wątpliwości odnośnie wersetu: Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie (Jak. 2:17). Wiara w zbawczą moc krwi Chrystusa wyraża się nie w wołaniu „Panie, Panie”, ale w konkretnych uczynkach. W Zakonie Mojżeszowym uczynki były przyczyną, a skutkiem było zbawienie (lub jego brak). Obecnie uczynki są skutkiem, a przyczyną – nasza wiara, która stanowi wynik danej nam przez Boga łaski. Uczynki wypływają z naszej wiary, same w sobie natomiast nie mają mocy zbawczej. Są one wyrazem wiary, która – jak powiedzieliśmy wcześniej – jest czymś więcej niż tylko stanem świadomości.
Mając w pamięci ten pełniejszy obraz współzależności łaski, wiary i uczynków, nie znajdziemy już wersetów, które by się mogły wzajemnie wykluczać. Nie będziemy się dziwić, że apostołowie, mówiąc o łasce zbawienia, negują rolę uczynków, choć równocześnie podkreślają wagę ich spełniania. Tylko z pozoru wydaje się to skomplikowane.
Który odda każdemu według uczynków jego:tym, którzy przez wytrwałość w dobrych uczynkach szukają chwały, czci i nieśmiertelności – życie wieczne (Rzym. 2:6-7).
W naszych codziennych uczynkach możemy zobaczyć stan naszej wiary. Bóg nie obdarzył nas umiejętnością patrzenia w głąb ludzkich serc, ale dał możliwość obserwowania „owoców”, jakie ludzie wydają. To właśnie po „owocach” możemy rozeznać prawdziwych i fałszywych proroków, po „owocach” także możemy poznać samych siebie. Nie ma miejsca na wymówki: zapracowanie czy brak umiejętności. Bo jak mówi przysłowie: „Kto chce – szuka sposobu. Kto nie chce – szuka wymówki”. Stan swojego serca możemy więc określić poprzez analizę własnego życia, stopnia zaangażowania, myślenia o Bogu. Ile w naszym życiu jest nas samych, a ile Boga? Owoce naszego dnia codziennego powinny być odpowiedzią na to pytanie.

Wiara = przyczyna.
Uczynek = skutek.
Mała przyczyna = mały skutek.

(Opublikowane na ePatmos.pl)

wtorek, 5 lutego 2013

Chrześcijańskie Świadectwo

Ostatnio zastanawiałem się nad ludźmi, którzy żyją bez Boga z własnej decyzji. Co nimi kieruje, jakie priorytety... Ano różne. jedni Uważają to za opium dla mas, inni nie mają dla Boga czasu, jeszcze inni... naprawdę opcji tych jest multum. Ewangelizacja - szeroko pojęta - polega zasadniczo na dwóch rzeczach: mówieniu i pokazywaniu tego co się mówi. Z mówieniem problemu nie ma. Problem to pokazać jak zastosować w życiu te normy i zasady współistnienia chrześcijańskiego. Dlatego też, Jezus dość silnie podkreślił aspekt odpowiedniego "udokumentowania" słów głoszonej przez nas Ewangelii:
"Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie" (Mt 5:16)
 Ludzie, widząc naszego postępowanie niemalże samoczynnie będą przychodzić do Boga i oddawać Mu pokłon. I to nie tyle może ze względu na słowa, ale przede wszystkim ze względu na nasze postępowanie. wielu było już takich, co pięknie mówiło, ale doprawdy nie wielu z nich mogło wstanie udowodnić jak te słowa potrafią zmienić życie czyjeś życie (najczęściej autora). Niestety, to też działa w drugą stronę: ludzie widząc nasze złe uczynki, będą Boga przeklinać. To jest to same zdanie, tylko inny warunek zastosowany na początku. I to jest prawda. Wielu katolików, przestało być katolikami, bo zobaczyli jak żyją księża. nie zwracają już uwagi na pobożnych księży, ale skupiają się na tych złych. Przywodzę ten przykład, gdyż swego czasu było to medialne show. Nie mniej, w innych kościołach chrześcijańskich jest tak samo. Ludzie zniechęcają się do wiary, gdyż widzą jak postępują ich współbracia. Paradoks, ale do wiary w Boga zniechęcają najczęściej ci, którzy w Niego wierzą.
"Z waszej to bowiem przyczyny - zgodnie z tym, jest napisane - poganie bluźnią imieniu Boga" (Rz 2:24)
 Jest to dość przykre, ale w zasadzie prawdziwe. Bóg powodów niewierności innych będzie doszukiwał się wśród swego ludu. To oni mają "sprawczą moc" tego, aby do Boga przyciągnąć, ale też i odciągnąć. Ta świadomość powinna nam ciążyć, abyśmy każdy swój krok odpowiednio przemyśleli, gdyż ich konsekwencji możemy się nawet spodziewać na Sądzie Ostatecznym.

sobota, 2 lutego 2013

Grill

Wspominam jedną z ostatnich niedziel. Było naprawdę super. Przyszli znajomi ze zboru, posiedzieliśmy, pośmialiśmy się, pogadaliśmy. Kiełbaski za bardzo nie poszły bo za ostre zrobiłem ;p Ogólnie była fantastyczna atmosfera. Kiedy możemy się spotkać po za zborem i się sobą nacieszyć to coś naprawdę wyjątkowego. Okazuje się, że jesteśmy spragnieni różnych takich "luźnych" relacji, bez jakiej niedzielnej spiny. Takie spotkania trzeba powtarzać. Albo ja do kogoś, albo ktoś do mnie. Inaczej niedziel sobie już nie wyobrażam.

To nic, że trzeba przygotować, a potem pozmywać. To detal. Więź jakaś jest. Trzeba ją tylko podtrzymywać.

Czad! :)