Google Website Translator Gadget

niedziela, 3 lipca 2011

Chrześcijański Sad

Na niedzielnych szkółkach nie jednokrotnie byliśmy uczeni (czasami nawet na pamięć) owoców ducha świętego z listu do Galacjan. Uczono nas ile ich jest i jakie one są, ale nie do końca z tego co pamietam, wskazywano na to jak je wypelnić:
„Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim /cnotom/ nie ma Prawa” (Gal. 5:22-23)
Owoce ducha zawsze kontrastowały z owocami (uczynkami) ciała:
„Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą” (Gal. 5:19-21)
Każdy z nas traktuje owoce ducha, jako coś co trzeba wypracować, a owoce ciała, jako coś czego trzeba sie wystrzegać. I wszystko, nie dostrzega się środka, a środek przecież jest i jego też trzeba się wystrzegać:
„Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap. 3:15)
Cała filozofia skupiona na tych owocach oparta jest na fundamencie typu, albo biale albo czarne, ale czy to możliwe, że chrześcijanin w pewnym momencie porzuci swój owoc i skupi się na ‘ciele’? Nie wiem czy mnie rozumiesz, ale chce powiedzieć, że owoc ducha wypracowujemy caly czas. Jednakże, jeśli zapomnimy się i skupimy na innych rzeczach, nasze owoce zamiast być piękne będą zgniłe. One będą istniały, ale tylko fizycznie – nie będą przydatne do niczego, tym bardziej do sporzycia czy ofiarowania. Weźmy na przykład miłość. Każdy z nas ma ten owoc w sobie, dodajmy, że to przecież jest owoc ducha św. Nie wierze w to, że można być chrześcijaninem i nikogo nie kochać. Wiadomo, że kochamy. Czyli sprawa załatwiona, mamy owoc ducha św.!!!!!! Powstaje pytanie jaki ten owoc jest? Mało to owoców gnije jeszcze niedojrzałych na drzewie? A jak jest z miłością? Miłość wybiórcza, samolubna, interesowna jest owocem, ale już nie ducha. Bóg nie ma upodobania w miłości z jakimiś zastrzeżeniami:
„A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mat. 5:44-48)
Bez wątpnia, owoc ducha św. jakim jest miłość, może zostać przez nas zaniedbany i stanie się zgniłym. Sprawa oczywiście nie tyczy się tylko miłości, każdy z przymiotów ducha, który jest w nas zaszczepiony, może być zaniedbany. Jestem wyznawcą filozofii, że ziarneka poszczególnych owoców są w nas przez Boga zasiane. Każdy z nas ma te 9 ziarenek i teraz cała sztuka polega na tym, abyśmy odpowiednio je pielęgnowali, gdyż jaki pożytek ze zgniłego jabłka czy gruszki? Można je wyrzucić do kompostnika, aby tam się rozkładały dalej. Ale swój cel – bycie smacznym owocem – zastraciły bezpowrotnie.

Dużo się mówi o tym, aby owoce wypracowywać (od zera), ale często się zapomina, że możemy to robić źle. Nasze owoce mogą być zgniłe jeszcze długo przed zerwaniem i co wtedy? Z Bożej perspektywy wydaje się, że nie będą to już owoce ducha św. Ale z naszej? Ciężko być obiektywnym w swojej sprawie. Jeśli będziemy kopali rów, nie głęboki, ale starsznie długi, to czy my sami jesteśmy w stanie kopiąc go, uczynić go równym jak od linijki? Możemy próbować i nie powiem w przypadku 1 na 100 000 może się udać. Ale zazwyczaj co chwilę byśmy sie obracali i sprawdzali równość naszego rowu. Najłatwiej jeśli wpierw przeciągniemy sznurek i według niego będziemy kopać, albo może przydała by sie nam inna osoba, która będzie czuwała nad dokładnością pracy. Tak samo jest z wypracowywaniem owoców ducha – że pozwolę sobie na takie porównanie. Mamy Biblie, która cały czas nas kierunkuje we wszystkim, jak należy żyć, jak nalezy postępować, wskazuje nam wszystkie zależności i inne ‘ale’, które musimy sobie wielokrotnie stawiać żyjać na tym świecie. Mamy naszych współbraci, którzy poprzez – suma sumarum – dla mnie osobiście nie przyjemne chcoaciażby upominanie, mogą pomagać nam wskazywać dobry kierunek. Mamy wkońcu Chrystusa, tj. „Wodza i dokończyciela naszej wiary”, który będąc człowiekiem przechodził przez te wszystkie problemy przez jakie i my przechodzimy – z wyjątkiem grzechu. Sami jesteśmy skazani na porażkę. Ja jestem. Potrzebuje wsparcia, pomocy, modlitwy. Mimo, że już mam trochę lat, nadal potrzebuję, aby mnie ktoś poprowadził za rękę i powiedział, to jest białe a to czarne: czarne jest ‘be i fe’!

Pisanie o rzeczach oczywistych nie jest trudne. Natomiast strasznie ciężko mi te rzeczy wprowadzić w życie. Mogę pielęgnować i rodzić coraz to nowe owoce. Pytanie tylko, czy te owoce są ze skazą czy też może są nieskazitelne. Pytanie, co ja robie, aby je pielęgnować. Czy faktycznie, codzień o tym pamiętamy, że są pewne cechy charakteru, które określają nas jako naśladowców Chrystusa, a są też takie, które określają nas jako ludzi tego świata? PAMIĘTAMY O TYM??? Ja o tym nie pamiętam. Ostatni raz o owocach ducha myślałem kilka miesięcy temu... Takie to moje całe chrześcijaństwo... Czy mam w sobie miłość? Ciężka sprawa, mam problem z pokochaniem tych, którzy mi podpadli lub działają w moim przekonaniu irracjonalnie. Radość? Nie zawsze, a w duchu to chyba tym bardziej... Pokój? Modlę się o to cały czas. Cierpliwość? Poprawiło się na przestrzeni lat (tak myśle), ale nadal jestem w gorącej wodzie kompany. Uprzejmość? Zapytajcie moich bliskich... Dobroć? Dla wybranych w 100% Wierność? Nie zawsze... Łagodność? Oj tak, moja Justyna (siostra) może z mojej łagodności pisać rozprawę habilitacyjną. Wstrzemięźliwość? Niby, że nie mam wyobraźni?! Może i przesadzam, ale na popracie każdego podważenia, które jest powyżej mogę znaleść w swoim życiu przykłady, kiedy nie zabłysnąłem.

Nie chodzi o to by się dołować, ale aby być świadomym, że wiele pracy jest przede mną.
„Pomnij jednak na Stwórcę swego w dniach swej młodości, zanim jeszcze nadejdą dni niedoli i przyjdą lata, o których powiesz: Nie mam w nich upodobania” (Kazn. 12:1)

czwartek, 30 czerwca 2011

Nadzieja w Bogu a Praca Własnych Rąk

Człowiek to stworzenie, które chce być niezależne od innych. Chce wszystko sam, po swojemu, nie chce realizować cudzych rad, a co za tym idzie, chce całą chwałę dla siebie. Nie chcemy dzielić sie splendorem. Dobra, będę szczery JA nie chce sie dzielić chwałą. Nie kręci mnie temat zależności od innych, gotuje mi sie w środku, kiedy musze uznac prymat innych nad sobą... Nie wiem czy to młodzieńczy wiek czy bezczelność, ale przynajmniej jestem szczery. Biblia uczy innych zasad. Wskazuje na pokorę i posłuszeństwo. Bóg oczekuje od nas, że będziemy podporządkowani Jego prawu:
„Tak bowiem mówi Wysoki i Wzniosły, którego stolica jest wieczna, a imię Święty: Zamieszkuję miejsce wzniesione i święte, lecz jestem z człowiekiem skruszonym i pokornym, aby ożywić ducha pokornych i tchnąć życie w serca skruszone” (Izaj. 57:15).
Bez wzgledu na to czy chrzescijanin jest wolny czy też nie, jażmo nosić musi:
„Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mat. 11:30)
Na poparcie tej nauki można znaleść nie tylko jeden, ale całe setki wersetów. Człowiek, który przeczyta Biblię, może wywnioskować, że właściwym jest całkowita postawa uniezależnienia sie wobec Boga. Good for You! Jeśli powierzymy Bogu nasze życie, tylko na tym zyskamy. Nie uważam to za jakąś bzdurę czy ‘opium dla mas’, dla mnie jest to praktyka. Każdą sprawę: mała czy wielką, chce zanosić do mojego Boga. Chce przyjść do Niego z wyzaniem swych grzechów i prosić o przebaczenie, chce Go poprosić o żonę, chce Go poprosić o pracę, a kiedyś chciałem Go prosić o zalicznienie kartkówki czy kolokwium na studiach. Czy to są bzurki? Czy dla Boga są to sprawy nie istotne? Uważam, że są bardzo ważne, bo zanoszenie ich przed Majestat Stwórcy jest wynikiem naszej ufności i nadzieji jaką pokładamy w Nim. Tak mi się wydaje...
Jednakże patrząc na swoje życie, dostrzegam pułapkę w którą prawdopodobnie wpadłem. Mianowicie: Panie Boże zrób za mnie to czy tamto, a ja nie kiwnę nawet palcem. To już nie jest ufność, to jest lenistwo, a lenistwo jest grzechem. Niech Bóg będzie mi miłościwy.

Ta postawa, prowadzi do tego, aby być obojętnym wobec wszystkiego i wszystkich, tylko siedziec i modlić się, i modlić się, i modlić się, i mieć to w gruncie rzeczy gdzieś. W przełożeniu na życie widzę to tak: mam do zrobienia projekt w pracy i czas realizacji niech będzie 4 tygodnie. Zamiast wziąć się do roboty i zacząć go realizować, ja się tylko modlę. Nie robię nic. Kompletnie nic! Przchodzi czas oddania projektu, a ja nie mam nic i wylatuje z pracy. Do kogo mam pretęsje? No przecież, że do Boga. Przecież się usilnie modliłem i prosiłem, a nawet i błagałem, a tu nic. Projektu nie ma, pracy też. Może i mnie Czytelniku wyśmiejesz, gdyż podaje skrajny przykład, ale takie jest życie i może aż tak drastycznie życie poszczególnych z nas nie wygląda i omijają nas aż tak bolesne przykłady, ale bądźmy szczerzy: czy nie jednokrotnie zdarzyło się nam powiedzieć: samo się zrobi? Nic samo się nie robi. Bóg jest Bogiem porządku i ładu. Jeśli jest jakaś akcja musi być i reakacja. Jeśli jest jakiś skutek musi być i przyczyna. Oczywiśnie, nie chce ograniczac Boga, to On ustala reguły i jest Sędzią tych reguł, więc jest ponad nimi i wszystkim innym też, jest wkońcu WSZECHWŁADNY, nie mniej dał człowiekowi oprócz serca mózg do myślenia i ręce do robienia, więc postawa ‘jakim mnie stworzyłeś takim mnie masz’ jest zła. Jeśli nie robimy nic, a tym samym nie angażujemy się w prace, nie dziwmy się, że dookoła nas wszystko się wali i sypie. Nasze ręcę może nie są nie zastąpione, ale na pewno pomocne:
"Szedłem koło roli próżniaka i koło winnicy głupiego: a oto wszystko zarosło pokrzywą, ciernie całą jej powierzchnię pokryły, kamienny mur rozwalony. Skierowałem uwagę, spojrzałem, zobaczyłem i wysnułem naukę: Trochę snu i trochę drzemania, trochę założenia rąk, aby zasnąć a przyjdzie na ciebie nędza jak włóczęga i niedostatek jak biedak żebrząc" (Przyp. 24:30-34).
Księga Estery jest specyficzna w swym przekazie Bożego Słowa. Powód tego jest taki, że w Księdze tej nie pojawia się ani jedno odwołanie do Boga. Jest to także powód tego, że podważa się kanoniczność tej księgi. Ale abstracując od współczesnych ‘wywodów’ warto skypić się na tym dość ciekawym przekazie. Naród Żydowski miał zostać wytępiony co do jednego za sprawą Hamana, który znienawidził ten naród. Estera, żydówka, dzięki zarządzeniu Bożemu (z pewnościa to nie był przypadek!) została królową i żoną Aswerusa, potężnego króla państwa Wschodu:
„A było to za dni Aswerusa; Aswerus ten panował od Indii aż do Etiopii nad stu dwudziestu siedmiu państwami” (Estery 1:1)
Mordocheusz (stryj Estery), gdy dowiedział się o sprawie od razu zwrócił się do królowej Estery z prostym przesłaniem:
„Wtedy Mardocheusz rzekł, aby odpowiedzieli Esterze: Nie myśl sobie w sercu, że uratujesz się w domu króla, jedyna ze wszystkich Żydów, bo jeśli ty zachowasz milczenie w tym czasie, uwolnienie i ratunek dla Żydów przyjdzie z innego miejsca, a ty i dom ojca twojego zginiecie. A kto wie, czy nie ze względu na tę właśnie chwilę dostąpiłaś godności królowej?” (Estery 4:13-14)
Estara miała możliwości, może to nie bylo takie oczywiste i proste, ale miała dostęp do oblicza królewskiego i miała wpływ na decyzję zapadające na zamku królewskim w Suzie – mniejsze lub większe, ale miała. Księga Estery wskazuje nam, że Estera miała wpływ na uratownie narodu Izraelskiego i tak też uczyniła. Co prawda wymawiała się i nie chciała podjąć tego trudu i odpowiedzialności, ale wypowiedź jej stryja przeważyła szale. Odpowiedzialność spoczywa na każdym człowieku i jeśli nic nie zostanie uczynione, kara – osobiście wydaje mi się – będzie większa, niż w przypadku gdyby ten trud został podjęty. Zauważmy, że Estera miała warunki do tego, aby działać i wykorzystała je. Gdyby tego nie zrobiła, to wypowiedzieć jej stryja brzmiała by jak proroczy wyrok. Tak samo jest i z nami. Jeśli mamy możliwości, a nie działamy cięższy wyrok ponosimy – według mnie.
Ta Księga jest własnie takim przesłaniem, że czasami Bożą odpowiedzią nie jest cud, ale sprzyjające warunki otoczenia, które dzięki błogosławieństwu Bożemu przeobrażają się w oczekiwane rozwiązanie. Nie ma fajerwerków, nie ma wizualnych znaków, nie ma niczego spektakularnego, a mimo wszystko jest w tym ręka Boga.

Estera podjęła trud pracy i ocaliła naród Izraelski, ale uwarunkowała to następującym poleceniem:
"I rzekła Estera, aby odpowiedziano Mardocheuszowi: Idź, zgromadź wszystkich Żydów, którzy znajdują się w Suzie. Pośćcie za mnie, nie jedząc i nie pijąc trzy dni, nocą i dniem. Ja też i dziewczęta moje będziemy pościły podobnie. Potem pójdę do króla, choć to niezgodne z prawem, a jeśli zginę, to zginę. I poszedł Mardocheusz i uczynił stosownie do tego wszystkiego, co mu poleciła Estera" (Estery 4:15-17)
Nadzieja jest w Bogu – nigdy w człowieku. Ale Bożą wolą jest, abyśmy zawierzając Bogu zakasali rękawy i działali.

piątek, 3 czerwca 2011

"Dla Tej Przyczyny", cz. 1

Trochę stary to filmik, ale na swój sposób ciekawie ilustrujący osobę Chrystusa w powiązaniu z różnymi aspektami treści Pisma Świętego.
W kanale użytkownika macie pozostałe części filmu.

środa, 1 czerwca 2011

Kataklizm w Japonii i Ludzkie Cierpienie

Jak bym dziś zapytał, kiedy tsunami uderzyło w Japonię to nie wielu z Was by podało miesiąc poprawny, a co dopiero dzień. Sam nie pamiętam... Dziś cała ta sprawa kojarzy nam się z Fukushimą i ciągłym zagrożeniem promieniowania. O tragedii ludzi, o setkach i tysiącach ludzkich ofiar się nie wspomina, świat poszedł dalej, odnotowując to wydarzenie jako jedno z wielu w "Kalendarium". To smutne, że jesteśmy coraz mniej czuli na ludzką tragedię, a skupiamy się na sensacji. Oczywiście, nie bagatelizuje zagrożenia nuklearnego, naturalnie, że są sprawy ważne i ważniejsze, ale mimo to, że Japonia to zaskakująco sprawny administracyjnie i organizacyjnie kraj i infrastruktura szybko jest odbudowywana, to serce ludzkie nie jest autostradą czy mostem - miliardy jenów nie naprawią wnętrza człowieka. Media nie są nastawione na ludzką niedolę, tylko na emocje. Emocje już opadły, więc teraz jesteśmy z naszymi telewizorami w innych częściach świata. Dziś emocjonujemy się najbardziej skażonymi ogórkami w Niemczech, trochę mniej wojną w Libii, a już w ogóle nie kręci nas temat mordowania chrześcijan w rewolucyjnym Egipcie. Jednym słowem, cały czas jest zapotrzebowanie na news'y emocjonalne i tak wszystko jest już nakręcane. Widząc ludzką niedolę, ból i cierpienie, które w mediach są przedstawiane dość powierzchownie, jako dodatek do news'a a nie jako kluczowy punkt informacji, stajemy się coraz bardziej znieczuleni na ludzką krzywdę. Zobojętnione społeczeństwo jest już znudzone informacjami o śmierci. Istotne jest to, jak bardzo 'spektakularna' była to śmierć. Przyznacie chyba, że śmierć tysięcy ludzi na skutek awarii elektrowni atomowej w czternastej gospodarce światowa to chyba jest news na pierwszą stronę. Nie mniej, news'y przychodzą i odchodzą, a ludzka tragedia pozostaje, a my powinniśmy o niej pamiętać:
"Weselcie się z tymi, którzy się weselą. płaczcie z tymi, którzy płaczą" (Rz 12:15)
Ta jedność, z naszej perspektywy, może objawiać się w jeden szczególny a zarazem bardzo skuteczny sposób: w modlitwie. Być może ciężko się modlić za kimś, kogo się nie zna, za kimś, kto mieszka blisko 8600 km. od nas, ale mimo wszystko warto o tym pamiętać, a przynajmniej się starać. Moc modlitwy ma wielki w swym znaczeniu skutek. Paweł wielokrotnie zachęcał, nie tylko do modlitwy, ale szczególnie do wytrwałej modlitwy:
"Wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych" (Ef 6:18)
"Trwajcie gorliwie na modlitwie, czuwając na niej wśród dziękczynienia" (Kol 4:2)
W żadnym wypadku, nie powinniśmy być zamknięci na ludzką krzywdę. Nie ważne czy mówimy tu o globalnym zagrożeniu czy o jakiś problemach naszych bliskich, znajomych, rodziny czy współbraci. Czasami ciężko się otworzyć przed kimś z problemem i wylać swoje żale, ale pamiętajmy, że jeśli dostrzegamy w drugiej osobie coś nie tak, to wręcz naprzykrzajmy się z chęcią pomocą. Nie każdy się do tego przyznaje, ale z pewnością każdy chciałbym usłyszeć, że "wszystko będzie dobrze". Być może to płytkie słowa, ale niosące z sobą silny powiew nadziei.
"Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki" (1 Kor 12:26)
Musimy być uczuleni na ludzką krzywdę, przecież chrześcijanie to ludzie miłosierni, a jak można być miłosiernym nie widząc ludzkiej krzywdy. Świat nie jest miłosierny, tylko pazerny. Pod pozorem demokracji i nagminnemu łamaniu praw człowieka, mamy wojnę w Libii, a w Jemenie są większe masakry ludności cywilnej niż to było za Kadafiego, mimo to świat zachodni nie interweniuje tam  - dlaczego? Bo w Jemenie nie ma ropy, a Libia jest głównym dostawcą ropy do Europy. Jest biznes, to jest wojna. Irak raczej też nie był zbyt dużym zagrożeniem demokracji zachodu, ale full ropy ma, więc... Naprawdę, nie warto dać sobie wmówić, to co widzimy w mediach. Gdyż media zaciemniają obraz rzeczywistości. Wszyscy mówią o piratach w Somalii, o milionowych okupach za statki, ale nikt nie mówi o tym, że np. w Kongo dziennie jest gwałcone 1100 kobiet. To jest statystyczna norma!

Nie mówcie tylko: "co możemy zrobić" i takie tam... Wiem, że nie wiele (o ile modlitwa to faktycznie nie wiele...), lecz warto nie dać się zbałamucić obrazkom, które nam się podrzuca na naszych ekranach. W dobie Internetu, prócz sensacji jest też serwowana prawda, nie jest ona może zbyt popularna, ale jest i możemy chociaż w części dostrzec ludzką tragedię nie tylko naszych współbraci chrześcijan, ale także innych ludzi.
"Spotkało kogoś z was nieszczęście? Niech się modli. Jest ktoś radośnie usposobiony? Niech śpiewa hymny" (Jk 5:13)

"Jako więc wybrańcy Boży - święci i umiłowani - obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość" (Kol 3:12)

wtorek, 31 maja 2011

Szulamitka i zakochanie się

Pieśń nad Pieśniami to mówiąc pokrótce dialog między oblubieńcem i oblubienicą. Według tradycji przypisuje się ją Salomonowi i pewnej Szulamitce (Pnp 7:1). Zainteresowała mnie postawa przyszłego męża. Otóż on, jako kawaler, nie szuka miłości, nie pcha się do małżeństwa czy związku na siłę, ale czeka na swój czas, kiedy spotka tą jedną jedyną:
"Zaklinam was, córki jerozolimskie, na cóż budzić ze snu, na cóż rozbudzać umiłowaną, póki nie zechce sama?" (Pnp 8:4)
Jest według mnie z chrześcijańskiego punktu widzenia postawa jak najwłaściwsza. Dziś z perspektywy młodego człowieka, fajnie jest mieć dziewczynę/chłopaka. Wiąże się to z niesamowitymi przyjemnościami i satysfakcją. Dziś związek "chodzenia" ze sobą jest bardzo często równoznaczny z sexem, który powiedzmy sobie szczerze, kręci nas wszystkich. Gdyby był on wstrętny to przemysł branży porno, nie zarabiałby miliardów $ rocznie. A jak ma się drugą połówkę, to może żony z niej nie będzie w przyszłości, ale doznania erotycznie pierwsza klasa. No co, niby że tak nie jest? Pewnie, nie wszyscy tak myślą na szczęście, ale zdecydowana większość już tak, więc się nie czarujmy. Oczywiście jest też aspekt emocjonalny, nie każdy jest erotomanem, i po prostu chce mieć chłopaka/dziewczynę, aby się przytulić, porozmawiać i po prostu spędzić miło czas. Przyczyny mogą być różne, ale zazwyczaj kończą się na jednym: szukaniem partnera na upartego.

Nie powinno tak być. Ja wszystko rozumiem, tez kiedyś miałem na to ciśnienie, dziś już nie mam i nie patrze na te sprawy tak. Bóg oczekuje od nas, że Mu zaufamy, że powierzymy mu nasze sprawy, nasze życie. Wybór partnera nie powinien leżeć w naszej gestii tylko Boga, więc dlaczego by się do Niego z tym nie zwrócić? Rozumiem, że czasami na odpowiedź przyjdzie nam poczekać, i dla nie cierpliwych musi to być strasznie frustrujące, ale to Bóg jest tym, który mówi jak ma być i kiedy ma być. I jeżeli nie daje nam tego upragnionego partnera, to znaczy, że nie dojrzeliśmy do trwałego związku i jeszcze kilku rzeczy musimy się nauczyć. Musimy sobie pewne rzeczy poukładać w głowie. Cały czas należy trwać w modlitwie, czytać Pismo, gdzie są "wytyczne" odnośnie małżeństw i uczyć się ich. Nie warto patrzeć na innych, na to, że mają super dziewczyny, super samochody i domy, nie warto kopiować wzorców tego świata, gdyż duży dom i drogi samochód to rzecz, która każdego bez wyjątku by ucieszyła. Mnie pierwszego (szczególnie Mercedes klasy S, dom 300m2 z ogrodem 1 ha). Ale to nie jest cel sam w sobie w moim życiu, a dla ludzi tego świata bogactwa i szpan takowymi są:
"Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą występnych, nie wchodzi na drogę grzeszników i nie siada w kole szyderców, lecz ma upodobanie w Prawie Pana, nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą" (Ps 1:1-2)
Małżeństwo to nie tylko doznania sexualne, to także zrozumienie, wsparcie, rozmowa i przede wszystkim miłość. Warto tą i inne sprawy zawierzyć Bogu. Mamy obietnice, że nie pozostaniemy sami sobie i jeśli poprosimy Boga o męża/żonę to z pewnością nie zostaniemy przez naszego Boga 'wystawieni do wiatru'.

Sex to forma miłości małżeńskiej, dlatego chrześcijanin czy ma, czy nie ma dziewczyny powinien się wstrzymywać od tych 'ekscesów' do małżeństwa. Tak wiem, brzmi to kuriozalnie, ale dacie wiarę, że Boże wymaganie w tym względzie od pierwszych chwil ludzkości był takie same i nie zmienne?

poniedziałek, 30 maja 2011

Miłość w Praktyce

Biblia uczy, że chrześcijanie powinni kierować się miłością, gdyż ma ona w sobie wielką siłę. Wiele dla Boga ona znaczy i Bóg oczekuje, że Jego słudzy (tj. chrześcijanie), będą się nią kierować.To właśnie miłość, identyfikuje nas jako naśladowców Chrystusa i przede wszystkim jako sług Boga:
"Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga" (1 Jn 4:7)
"Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali" (Jn 13:35)
Prosty test praktyczny (dla części z Was doskonale znany). Poniższy fragment definiuje miłość. Zamiast słowa 'miłość' wstawcie swoje imię. Następnie należy zastosować liczby binarne do określenia prawdziwości tak powstałej myśli. Dla przypomnienia: 0 - nie prawda, 1 - prawda.

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. 
Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma"
(1 Kor 13:4-7)

Mi wyszło 'zero'...

"Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała" (1 Jn 2:5)

sobota, 28 maja 2011

Uboga Wdowa

Zdarzenie i komentarz Jezusa odnośnie datku Ubogiej Wdowy jest znane wszystkim chrześcijanom, którzy czytają ewangelię. Wiele kazań odnosi się do tych kilku wersetów, a nauka z nich wyciągana jest naprawdę wielka. Chrześcijaństwo ma swoje trendy i swoją modę. Na zachodzie, głównie w USA, jest coraz bardziej propagowana "Ewangelia Sukcesu" mówiąca o tym, że dobry chrześcijan to bogaty chrześcijan. Wynika to z tego, że tamtejsi uważają, że bogactwo jest ewidentnym skutkiem bogobojnego życia. Czyli chcesz ewangelizować, to kup Audi A8, 4,0l. Im dalej na wschód (w tym i w Polsce) da się zauważyć przejawy myślenia mówiące o tym, że bogobojne życie, to życie skromne, bez większych majątków. Z jednej skrajności w drugą. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że w tych czterech wersetach, wcale nie chodzi o kasę:
"Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie" (Mr 12:41-44)
Historia mówi o poświęceniu dla Boga, ale nie odczytuje z niej nacisku tylko na finanse. Czy Bóg jest materialistą i zależy mu tylko i wyłącznie na naszych pieniądzach? Czy Bóg jest aż tak małostkowy, że naszą wiarę i oddanie należy Mu wyrazić tylko poprzez mamonę? Nie róbmy scen!!! Historia uczy nas o poświęceniu, o oddaniu, o rezygnacji  "ze swojego" na rzecz poświęcenia dla Boga. Bogu też można w jakiś sposób oddać chwałę w ten sposób - nie ulega to wątpliwości, przeznaczając nasze środki na jakiś szczytny cel, czy na rozwój naszych kościołów, etc. Lecz ważniejsze dla Boga jest, według mojej opinii, nasze serce i to, że ono jest Bogu oddane, a nie "Zygmunt I Stary"...

Człowiek jest materialny i myśli materialnie. Jak wręczamy komuś prezent to zależy nam, aby był on jak najbardziej okazały, jak najdroższy, jak najoryginalniejszy, gdyż w domyśle, chcemy daną rzeczą albo zaskarbić sobie czyjąś przychylność, albo wyrazić nasz stosunek do drugiej strony. Czyli nasze uczucia/odczucia chcemy ubrać w materialną rzecz. Tym samym, im droższy prezent to tym lepiej - logiczne. Dla Boga więc, chyba też trzeba ofiarować "droższe" prezenty, duże datki finansowe, bo im więcej to tym lepiej. Dałeś dla Boga 100 zł? Czymże jest Twoja wiara wobec tego, który dał Bogu 1 000 000 zł? Człowiek mógłby sobie tak pomyśleć, że im więcej tym lepiej (bardziej skutecznie), ale Bóg taki nie jest, Bóg nie myśli tak jak człowiek:
"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana" (Iz 55:8)
Dlatego czytając Słowo Boże zawsze należy patrzeć na nie, nie jak na jakąś książkę z mądrymi radami mądrego człowieka, ale należy patrzeć na nią jak to Słowo Boże, wypowiedziane przez samego, Najwyższego, Wiekuistego Boga do człowieka - Słowo, które zostało spisane. Słowo, które mimo swojej wiekowości, nadal jest aktualne. Słowo od Boga, więc Słowo doskonałe, i nie podlegające żadnej dyskusji (odnośnie autentyczności, przydatności). Dlatego należy spojrzeć na temat z Boskiego punktu widzenia - o ile to w ogóle możliwe. Przede wszystkim warto przypomnieć sobie zapis, który jest stale cytowany na tym blogu:
"Pan jednak rzekł do Samuela: Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż nie wybrałem go, nie tak bowiem człowiek widzi , bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce" (1 Sm 16:7)
Nie wnioskuje z tego nic innego, jak tylko to, że Bóg dar (tj. rzecz samą w sobie) uważa, za rzecz drugorzędną; pierwszorzędne dla Boga są intencje (UWAGA! Słowo Klucz). Troszkę tutaj wyrokuje, i jakby w chodzę w kompetencję Pana Boga, ale ten śmiały wniosek opieram na samym Słowie Boga:
"A gotowość uznaje się nie według tego, czego się nie ma, lecz według tego, co się ma" (2 Kor 8:12)
W oryginale słowo greckie tłumaczone jest na 'gotowość' oraz na 'ochotną wolę'. Ochotna wola, jest kluczowa, gdyż nie istotne jest to, że co się daje, ale to jakie temu przyświecają intencje.
"Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg" (2 Kor 9:7)
'Radosnego' inaczej 'ochotnego'. Więc z pewnością dar złożony z musu nie będzie miał takiej aprobaty Bożej jak dar złożony z radością. Cenniejsze od pieniędzy są 'czasy i chwile' - w mojej ocenie. Dla Boga cenniejszy od daru finansowego może być dar składający się z godzin jakie poświęcamy dla Boga na poznawanie Jego Słowa, na modlitwę, na wspólne zebrania w kościele. Wszystko to czynione ochotnie, z własnej nieprzymuszonej woli, a nie z musu i 'wyuczonego' obowiązku.

Jezus dostrzegł ofiarę Wdowy, gdyż był to jej dar ochotny. Uznała to za rzecz dobrą, aby wszystko co ma oddać Bogu. Jest rzeczą naturalną, że Bóg tak szczerą intencję dostrzeże i doceni taką postawą: postawę szczerości i pokory. W konfrontacji z datkami bogaczy, to właśnie Wdowa zaskarbiła sobie przychylność Bożą, choć z ekonomicznego punktu widzenia jej pieniądze nie znaczyły wiele. Z takim postępowaniem wiąże się też zbudowania ludzi dookoła nas:
"Lud radował się ze swych ofiar dobrowolnych, albowiem ze szczerego serca okazywali hojność w darach dla Pana; także król Dawid bardzo się radował" (1 Krn 29:9)
Pamiętać należy o jednym: nie dar ma znaczenie, ale to z jakim nastawieniem w sercu go składamy. Dar to nie tylko rzecz/pieniądze, ale nasz dar to także nasze wyrzeczenia, modlitwy i czas dla Boga, czasami o wiele bardziej przekraczające gotówkę. 

Wszystko co robimy dla Boga ze szczerego serca ma dla Boga największe znaczenie.
O jednym i drugim pamiętajmy, jedno i drugie nie zaniedbujmy.