Google Website Translator Gadget

niedziela, 6 marca 2011

Szacunek do rodziców. Ehhhh...

Patrząc na całe Pismo Święte, na te wszystkie nakazy, zakazy, pocieszenia, obietnice, patrząc na to wszystko z mojej młodocianej perspektywy wiem jedno: Przykazanie odnośnie szacunku do rodziców, jest najtrudniejsze. Bynajmniej mówię o tym kierując się tylko i wyłącznie własnymi doświadczeniami. Problemy przykazania szacunku, które w dzisiejszych czasach są często dylematami, dotykają wszystkich młodych ludzi, lecz prawdą jest, że tylko wąska grupa młodych chrześcijan patrzy na tą sprawę z ciut większą wrażliwością.

Na nieszczęście (lub może wręcz przeciwnie) Pismo Święte w relacji rodzic(e) - dziecko nie jest jednoznaczne w określeniu odpowiedzialności z tą właśnie relację. Są wersety bardzo wymowne tak dla jednej jak i drugiej strony. Prawdą jest też to, że jest mnóstwo historii Biblijnych, które przekazując jakąś naukę moralna, wskazują przy okazji o relacji ojca i syna (najczęściej). Stary Testament, krótko, ale dosadnie postawił sprawę:
"Czcij swego ojca i swoją matkę, jak ci nakazał Pan, Bóg twój, abyś długo żył i aby ci się dobrze powodziło na ziemi, którą ci daje Pan, Bóg twój." (Pwt 5:16)
Z pośród wszystkich 10 Przykazań, nie znajdziemy przykazania w stylu, czcij swego syna i córkę. Już to samo w sobie jest na tyle wymowne, że komentarz wydaje się być zbędny. Inny zapis również jest wymowny:
"Kto by złorzeczył ojcu albo matce, winien być ukarany śmiercią." (Wj 21:17)
Bez wątpienia szacunek dla rodziców trzeba mieć. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. W pierwszym akapicie użyłem słowo "dylemat", gdyż tak naprawdę powstaje pytanie - ja je sobie zadaje, jak ten szacunek okazywać? W jaki sposób spełnić te przykazanie? To nie są banalne pytania. Bo jeżeli chcę należycie uczcić ojca i matkę, to czy moim obowiązkiem jest całe życie im przytakiwać? Czy zawsze mam przekładać ich rację nad swoją? Czy ich wola, jeśli jest niezgodna z moją, jest mimo to wolą ostateczną? Proste, życiowe pytania, odpowiedzi już tak bardzo oczywiste nie są, gdyż z naprawdę wielu rozmów jakie przeprowadziłem, zdecydowana większość moim rówieśników ( i nie tylko) ma takie same dylematy. Na pewno nie wolno zamykać się na słowo swoich rodziców. Nie wiem czy to grzech z mojej strony, ale uważam, że można się z rodzicami nie zgadzać, ale pod żadnym pozorem nie wolno ignorować tego co mówią:
"Synu mój, słuchaj napomnień ojca i nie odrzucaj nauk swej matki, gdyż one ci są wieńcem powabnym dla głowy i naszyjnikiem cennym dla szyi." (Prz 1:8-9)
Św. Paweł, także nawiązywał do tych przykazań, tylko że oprócz przypomnienia obowiązków dzieci wobec swych rodziców, zwraca uwagę, że i rodzice powinni o pewnych rzeczach pamiętać:
"Dzieci, bądźcie posłuszne w Panu waszym rodzicom, bo to jest sprawiedliwe. Czcij ojca twego i matkę - jest to pierwsze przykazanie z obietnicą - aby ci było dobrze i abyś był długowieczny na ziemi. A [wy], ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu waszych dzieci, lecz wychowujcie je stosując karcenie i napominanie Pańskie!" (Ef 6:1-4)
"Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu. Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha." (Kol 3:20-21)
W żadnym razie nie ma mowy o tym, że dzieci mają ułatwione zadanie, że w jakimś aspekcie mają lżej. Apostoł nie unieważnia przykazania, ale z całą stanowczością je podkreśla. Nie mniej jednak, nie wolno być wybiórczymi i na leży także zwrócić uwagę na słowo skierowane do rodziców odnośnie ich postępowania ze swymi dziećmi. Rodzice powinni jak najbardziej wychowywać i karcić, ale także nie zniechęcać i nie pobudzać do gniewu. Nie chodzi tutaj o wychowanie bez stresowe. Ta cała ideologia to dla mnie bzdura. Nie mówię też, że dzieci należy chłostać biczami, ale od czasu do czasu, jak jest się "smarkaczem" to zdrowo jest oberwać, za głupie zachowanie - podobno... Będę miał dzieci to będę mógł te zdanie zweryfikować. Osobiście nie chciałbym bić swoje dzieci, ale jeśli, kiedykolwiek... to nie chciałbym biciem swych dzieci wyżywać się na nich. Powiedzmy sobie szczerze, że właśnie taka postawa spowodowała całą tą kampanię wychowania bez stresowego. Znów brak wyważenia, a Pismo chociaż o "rózdze" mówi, to zaraz dodaje, że musi ona być używana z miłością:
"Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go - w porę go karci." (Prz 13:24)
Wszystko co czynią rodzice, czynią z miłością - takie zdanie powinno przyświecać każdemu rodzicowi, tym bardziej chrześcijańskiemu, który z pewnością życzyłby sobie, aby jego dzieci też chrześcijańskie były. Tutaj przychodzi z pomocą Paweł, który daje polecenia tak synom jak i ojcom.

Wniosek z tego jest prosty: za relacją nie odpowiada tylko jedna strona, ale obydwie. I właśnie obie te strony są zobowiązane do przestrzegania reguł stawianych przez Słowo Boże. Mimo wszystko czuje, że chociaż rodzice mają - tak jak dzieci - dyrektywy z Pisma Świętego, to dzieci powinny być bardziej skłonne do ustąpienia, wycofania się, załagodzenia konfliktu, czasami wzięcia winy na siebie w sporze... I to jest trudne, bo pokora nigdy łatwa nie była. Łatwo jest mówić, nawet w gniewie, ale strasznie ciężko jest powstrzymać się od gniewnej mowy. I ten obowiązek spoczywa w większym stopniu na dzieciach niż na rodzicach - w mojej opinii.

A mówię, to z tym bardziej większym smutkiem, iż sam jestem jeszcze dzieckiem...

sobota, 5 marca 2011

Mitologia Starego Testamentu

W szkole średniej przerabialiśmy na Języku Polskim mitologię starożytną: Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa. Bardzo mnie to zszokowało, gdyż zapisy ST nigdy nie były dla mnie porównywalne z mitologiami takimi czy innymi. A ludzie nauki, bez problemu to szeregują na jednej półce. Cóż, jeśli dostrzegają cechy wspólne to ok, ale ja tak tego nazwać nie mogę i dla mnie Słowo owe, chociaż ma ponad 6 000 lat jest jak najbardziej autentyczne i prawdziwe.
"Wszelkie Pismo od Boga natchnione /jest/ i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości" (2 Tm 3:16)
Jeśli pisze to już osoba, która ma swoje istnienie potwierdzone historycznie, to dlaczego by jej nie wierzyć? Dlatego, że to może już nie na rękę co poniektórym. Otóż Biblia jeśli zostanie uznana naukowo, to już mówiąc szczerze, tak jakby naukowo uznać istnienie Boga, a to już kłopot. Wiele naukowych - uwaga, słowo klucz - TEORII weźmie w łeb i padną, jak np. teoria ewolucji, teoria wielkiego wybuchu czy innych kosmitów, którzy zapoczątkowali życie tu na ziemi. Dlatego naukowcy poddają w wątpliwość wszystko co się da.

Do roku mniej więcej 1800 naszej ery, przeważały poglądy fundamentalistyczne, które mówiły, że opowieści Biblijne są natchnione przez Boga i w pełni prawdziwe. Natomiast początek IXX wieku to okres kiedy zaczęto odrzucać Stary Testament jako normalne źródło historyczne i zaczęto uważać pewne obszerne fragmenty jako historie mityczne. Takie podejście było reprezentowane, a może powiem za Paul'em Johnson'em "lansowane" przez niemieckich naukowców. Dlatego to normalne, że Abraham czy Jozue stoją w jednej lidze z Heraklesem czy Perseuszem albo innym Zeusem. Szczególne zasługi ma tutaj niejaki Julius Wellhausen, który w 1878 roku wydał "Prolegomene do dziejów starożytnego Izraela". Przez kilkadziesiąt lat ich podejście liderowało sposobowi myślenia i patrzenia na Stary Testament, kształtując sposób naukowego czytania Biblii. Ten model przetrwał i do naszych czasów.

Głosem rozsądku, obiektywizmu a zarazem prawdy jest tu dziedzina wiedzy, którą nazywamy archeologią. Wykopaliska w Grecji i Azji Mniejszej spowodowały to, że Homer i jego dzieła stały się uważanym na cały świecie źródłem historycznym. Ten sam model miał miejsce w przypadku badań w Palestynie i Syrii. Odnalezione dokumenty o charakterze prawnym i administracyjnym w ogromnym stopniu przywróciły Księgom ST wiarygodność. Szczególnie należy tu wymienić dwie osoby: W. F. Albrighta oraz Kathleen Kenyon, których odkrycia spowodowały potwierdzenie w rzeczywistości miejsc i wydarzeń Starotestamentowych. Owe odkrycia (bardzo liczne) spowodowały, że Biblijne historie zawierają choć ziarno prawdy. Dla mnie to zdecydowanie za mało, bo daje im wiarę jako całości, ale trzeba przyznać, że naukowcy jeszcze wszystkiego nie odkryli, więc obiektywnie potwierdzają tylko to co odkopali. Taki układ mi odpowiada.

Podejście to spowodowało, że historia Noego z mitu stałą się faktem. Starobabilońskie przekazy, wykopaliska miasta Ur i innych potwierdzają, że przynajmniej tam była niewyobrażalna powódź, na niewyobrażalną skalę. Więc czemu nie uwierzyć zapisowi i uznać, że cała ziemia była zalana (skoro potwierdzamy już ten cały potop)? Z innej strony: pamiętacie olbrzymów?
"A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach." (Rdz 6:4)
"Widzieliśmy tam nawet olbrzymów - Anakici pochodzą od olbrzymów - a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach." (Lb 13:33)
W Biblii jest o nich mowa bardzo często. Fakt, opis ich jest nie zwykły. Związku z tą niezwykłością, naukowo i "krytycznie" podchodząc do ST, to musi być mitologia, bo jakież to naukowe odkrycie może potwierdzać owych Gigantów (alias: Olbrzymów)?










Najśmieszniejsze jest to, że powyższe naukowe dowody na istnienie gigantów nie są uznane i naukowcy udają, że nic nie ma. Gdyby to uznali, to konsekwentnie należało by uznać inne dowody na istnienie Boga, a wielu ludziom to nie po drodze. Proponuję w Google lub You Tube wpisać "giant humans" - można się dowiedzieć wiele ciekawych rzeczy na ten temat.

Nie że jestem jakimś religijnym fanatykiem, który wszędzie na siłę doszukuje się poparcia swych tez, czy coś w tym stylu, ale skoro już bawimy się w tą naukę, to bądźmy konsekwentni...

wtorek, 1 marca 2011

ZUS vs OFE, czyli szukamy nadziei

Współczesna dyskusja, która w naszym kraju ma miejsce, to wynik rozgrywek politycznych. Są dwie strony, każda ma swoje racje i każda zapewnia, że przyszłość jest najważniejsza i trzeba zrobić wszystko by ją zabezpieczyć. Ludzie boją się jutra, dlatego kombinują, aby te jutro zabezpieczyć. Przyszłe emerytury to taki jeden z główniejszych gwarantów zabezpieczenia się na starość. Tylko czy to ma sens... Czy jakieś ustawy zapewnią wysokie emerytury? Czy rynek finansowy jest na tyle stabilny, abyśmy na nim mogli oprzeć te swoje "jutro"?

Co jak co, ale chrześcijanie pod tym względem mają zdecydowanie lepiej, bo z definicji, nie musimy/nie powinniśmy martwić się o przyszłość.
"Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie." (Mt 6:25-32)
Jeśli chodzi o kwestię zamartwiania się, to ja się czuje wolny od tego i problem ten mnie nie dotyczy. Logicznie myśląc, jaki gwarant człowiek dzisiaj może mieć w tym życiu? Pieniądze? Rodzina? Praca? Pozycja społeczna? Państwo Polskie? To wszystko może zawieść, nie musi, ale może. Jeśli ktoś swoją nadzieję widzi w opiece państwa Polskiego, to ja uważam go za człowieka nierozsądnego, bo politycy tylko mówią, że się troszczą o obywateli, ale jak przychodzi co do czego, to pierwsze co, to obcinają emerytury i renty, zaciskają pasa w ZUS'ie ograniczając zapomogi, z drugiej strony zatrudniają co raz to więcej urzędników. I nie agituję tu wyborczo co do partii rządzącej. Tak postępuje każdy rząd w każdym kraju na tym świecie.

Poleganie na człowieku, na jego mądrości i skuteczności to jedna z głupszych rzeczy jakie możemy uczynić. Człowiek zawodzi. Może nam być pomocny - przyjaciel dobra rzecz. Można na nim polegać w trudnej sytuacji, ale zauważmy, że ta przyjaźń często przechodzi dopiero próbę, a nie zawsze taką próbę nasi przyjaciele są gotowi przejść. Rozwiązaniem jest tu ufność w Bogu. Cała sprawa się rozbija o to, że człowieka widzimy, a Boga nie. Tym samym człowiekowi łatwiej nam zaufać a Bogu nie. Ale Bóg to nie kwestia wiedzy i poznania zmysłami, ale kwestia wiary, a to już zupełnie inny poziom dyskusji...
"To mówi Pan: Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzaka na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście; wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną. Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi; nie obawia się, skoro przyjdzie upał, bo utrzyma zielone liście; także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców." (Jr 17:5-8)
Ze względu na swój grzech, człowiek powinien zrobić wszystko by zjednoczyć się z Bogiem. Takie pełne zjednoczenie może mieć miejsce dopiero po śmierci, ale to co będzie na sądzie poruszane zależy od tego, jak my dziś żyjemy. Jeśli całą naszą energię poświęcimy na gromadzenie dóbr, to po śmierci one na nic się zdadzą. Zostaną potomnym, ale nie nam i nie będą mogły być kartą przetargową na sądzie Bożym, gdyż ich z sobą zabrać do grobu nie możemy.
"Nic bowiem nie przynieśliśmy na ten świat; nic też nie możemy [z niego] wynieść." (1 Tm 6:7)
W oczach Bożych tylko dobre uczynki mają jakąkolwiek wartość i w nie możemy się wzbogacać. Ja osobiście uważam się za grzesznika, który nie raz już pokazał, jak jest dla swych pożądliwości łatwym kąskiem. I na tym sądzie każda taka chwila zostanie mi wypomniana, tym bardziej, że jestem chrześcijaninem. Kontrargumenty to nic innego jak moje dobre uczynki, jednoczenie się z Bogiem, codzienna społeczność z nim i rozmyślanie o Nim. Szukanie majątku i zabezpieczanie się na przyszłość to nic innego, jak tracenie energii na marność i zaparcie się wiary. Bo jeśli wierzymy, że świat jest stworzony mocą Słowa Bożego i Bóg tak żywi ptaki jak i kwiaty - co z resztą widzimy na co dzień, a zabiegamy o własny dobytek, gdyż uważamy, że Bóg nie jest już wstanie zatroszczyć się o nas, to jest to nic innego jak zaparcie się ufności do Boga.
"Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy." (Mt 6:34)

środa, 23 lutego 2011

Nie szata zdobi chrześcijanina

Biblia uczy, że są dwie grupy ludzi: świat i chrześcijanie. Ciężko jest określić kim są ludzie ze świata, a kim są prawdziwi chrześcijanie, w dzisiejszych czasach te granice cały czas się zacierają i takie definiowanie jest dość trudne. Mimo to, jest ono konieczne, gdyż jeśli chcemy być ludźmi blisko Boga musimy porzucić ten świat wraz z jego pożądliwościami i stać się naśladowcami Jezusa. Dlatego szukamy różnych kryteriów potrzebnych do tej oceny: poglądów religijny, politycznych, społecznych, przynależności wyznaniowej, używanego przekładu Biblii, obranych autorytetów i innych. Tylko czy to jest ten owy świat? Jeśli ja wierzę, że dusza jest śmiertelna, a inny wierzy inaczej, to czy jest on ze świata? A może to ja jestem światowy? To już nie jest chyba określanie światowości, ale osądzanie innych. Efekt jest taki, że wśród chrześcijan tworzą się podziały, a na 'my' i 'oni', z czego trzeba pamiętać, że zawsze to grupa 'my' będzie zbawiona, a reszta nie ma nadziei (wg grupy 'my').

Bardzo łatwym i przyjemnym na swój sposób jest kryterium ubioru. Kiedyś tak oceniałem ludzi. Jako młody chrześcijanin, nie chciałem należeć do świata, więc jeśli ktoś ubierał się po prostu modnie, miał kolczyk w ciele, tatuaż, łysą głowę czy inne 'coś' co nie mieściło się w moich ramach przyzwoitości, określałem go mianem świata, nawet jeśli on sam uważał się za chrześcijanina. Teraz po latach widzę to doskonale w jak wielkim błędzie byłem. Kim jestem, by harleyowcowi, łysemu, z wytatuowaną panią na plecach, ja Łukasz Miller odbierał prawo do zbawienia? Okej, może powyższy obraz nie pasuje do ułożonego pana w garniaku, ale czy to znaczy, że ten pierwszy to moralny rynsztok?

Może tak nam sugerować. Powód jest dość prosty. Człowiek odbiera otaczające go otoczenie za pomocą zmysłów, najczęściej wzroku. Co widzę, tak rozumuję i wierzę. Jeśli widzę pijaka, nie widzę w nim partnera do rozmowy na jakikolwiek, a tym bardziej poważny temat, ale jakiegoś łachudrę, który przepija pieniądze, zamiast nakarmić rodzinę. Samoczynnie się nakręcamy. Nie wiem jak myślał Samuel, ale miał on podobny problem:
"Samuel uczynił tak, jak polecił mu Pan, i udał się do Betlejem. Naprzeciw niego wyszła przelękniona starszyzna miasta. [Jeden z nich] zapytał: «Czy twe przybycie oznacza pokój?» Odpowiedział: «Pokój. Przybyłem złożyć ofiarę Panu. Oczyśćcie się i chodźcie złożyć ze mną ofiarę!» Oczyścił też Jessego i jego synów i zaprosił ich na ofiarę. Kiedy przybyli, spostrzegł Eliaba i mówił: «Z pewnością przed Panem jest jego pomazaniec». Pan jednak rzekł do Samuela: «Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż nie wybrałem go, nie tak bowiem człowiek widzi , bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce». Następnie Jesse przywołał Abinadaba i przedstawił go Samuelowi, ale ten rzekł: «Ten też nie został wybrany przez Pana». Potem Jesse przedstawił Szammę. Samuel jednak oświadczył: «Ten też nie został wybrany przez Pana». I Jesse przedstawił Samuelowi siedmiu swoich synów, lecz Samuel oświadczył Jessemu: «Nie ich wybrał Pan». Samuel więc zapytał Jessego: «Czy to już wszyscy młodzieńcy?» Odrzekł: «Pozostał jeszcze najmniejszy, lecz on pasie owce». Samuel powiedział do Jessego: «Poślij po niego i sprowadź tutaj, gdyż nie rozpoczniemy uczty, dopóki on nie przyjdzie». Posłał więc i przyprowadzono go: był on rudy, miał piękne oczy i pociągający wygląd. - Pan rzekł: «Wstań i namaść go, to ten»." (1 Sam. 16:4-12)
Widzę człowieka, który jest potężnie zbudowany, rosły, obrotny, w wojnie zaprawiony - jest ktoś lepszy na króla? Boga nie obchodzi to czy mamy siłę zewnętrzną, ale wewnętrzną. Dawid, chociaż był uważany za nic w swoim domu, dla Boga była najbardziej wartościowym człowiekiem, bo jego wnętrze było odbiciem woli Bożej. To jest istotne. Cała reszta to detale, mniej lub bardziej istotne czy przydatne.

Nie można tutaj za bardzo krytykować Samuela. Był on w końcu człowiekiem i myślał po ludzku. Jak my wszyscy... Łatwiej nam przyswoić sobie obraz człowieka w garniturze, ostrzyżonego, ogolonego, z rodziną, stałą pracą, dużym domem, ładnym samochodem, gdzie żona się udziela w kościele, dzieci chodzą na niedzielne szkółki... tak, to jest sługa Boży. Brodaty, w t-shirt'cie, z kucykiem, z tatuażem, z bliznami, mieszkający w jakiejś zapadającej się dziurze w najgorszej dzielnicy - do niego też powiem 'bracie w Panu'? Albo kobieta w mini, na mega obcasach, dosłownie wytapetowana, z baaaardzo głębokim dekoltem - będę ją traktował jak siostrę w Panu? 

Dziś aż tak płytki nie jestem, aby sugerować się tym jakie kto ma gusta co do swojego wyglądu czy ubioru.

Powiedzmy sobie szczerze, nie jedna tragedia rozgrywa się w czterech ścianach bogatego domu, a w niedziele razem w kościele... Ciężko zdefiniować 'świat', ale jest to możliwe. Bez względu na wszystko, kryterium tego, co widzą nasze oczy nie jest chrześcijaństwem tylko tragizmem (serca).

sobota, 19 lutego 2011

To, co (tylko) bym chciał

Jestem pistoletem. Nie wiele mi potrzeba, aby w tej niepozornej głowie zrodziła się niewiarygodnie duża, cudowna, wspaniała, genialna idea. W ciągu około 10 minut, mam cały plan, strategicznie mam przemyślane 3 kroki naprzód, czasami wydaje mi się, że widzę i rozumiem więcej rzeczy niż kto inny. Sentencją jest zazwyczaj stwierdzenie: zróbmy to! I nie robię. Trochę z wstydem to piszę, ale skoro mam już tego bloga i nastawiam się na zupełną szczerość, to czas odsłonić kolejną stronę tego pamiętnika.

Suma sumarum, ostatnio sobie uświadamiam dużo rzeczy. Na rozmyślania mnie wzięło... Zacząłem czytać Biblię w wieku około 16/17 lat i prawie od razu zrozumiałem, że aby być chrześcijaninem, nie należy walczyć z cały światem, ale trzeba walczyć z samym sobą. Chrześcijaństwo to ciągłe dążenie do doskonałości, na wszelkich możliwych płaszczyznach i w każdym aspekcie. Byłem z siebie w pewnym stopniu dumny, że mimo młodego wieku takie "dojrzałe" podejście reprezentowałem. Dziś sobie uświadamiam, że to były puste słowa. Chęć była, nie powiem, ale dopiero teraz widzę, że praktycznie dreptałem  miejscu. Są pewne wersety, które mnie zawstydzają, gdyż mimo najszczerszych chęci, nie spełniam ich.

Jednym słowem ja "CHCĘ". Przeważnie, to chcę dla Boga, chce być sługą, który rozmnaża swoje talenty, który przynosi duże owoce, czasami zdarzyło mi się zrobić coś niby dla Boga, a w rzeczywistości miałem w tym swój własny osobisty biznes. Bez względu na to, mogę zacząć mierzyć oba te przypadki jedną miarą: mówię ok, myślę ok, robię nie do końca ok.

Ku mojemu smutkowi, niestety patrzy się trochę na mnie z przymrużeniem oka. Nie jakobym miał pretensje do kogoś, bo tak naprawdę sam zawaliłem wiele spraw i jeżeli nie jestem traktowany poważnie to tylko dlatego, że wydałem o sobie waśnie takie świadectwo. I to jest to, co mnie naprawdę już dołuje. Bo nadszarpaną opinię zawsze można naprawić. Jest to długie i żmudne, ale się da! Ale jeśli wezmę pod uwagę to, że o tym mówi Biblia w ewidentnych słowach, a ja mimo doskonałej znajomości Bożej woli w tym temacie nadal stoję w miejscu, to...
to nawet nie wiem jakimi słowami opisać to co czuje.
"Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie." (Mat. 5:13-16)
Jeden z najbardziej znanych fragmentów Biblii, cytowany na tym blogu już nie raz. Chrześcijaństwo ma się opierać na tym, że będziemy cały czas w służbie. To nie jest etat, to jest sens życia, jego treść i inspiracja. Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu uświadamiam sobie, że Bóg mnie inspiruje do wielkich i małych rzeczy. Naprawdę jestem szczęśliwy, że pewne pomysły w głowie mam. A wiem, że one same od siebie nie przychodzą
"Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą." (Filip. 2:13)
Nie ma u mnie tego działania. Nie ma tego czynnika zamiany idei w konkretny czyn. Jest rzeczą niemożliwą, aby to Bóg uczynił wyjątek i Słowo było tylko w pewnej części prawdą. Jeśli więc to Bóg nie jest winien, to oczywistą rzeczą jest to, że wina leży po stronie człowieka. I nie chodzi tutaj o to, że to takie modne, ciągłe obwinianie się o wszystko. Chodzi tu o uczciwe postawienie sprawy, spojrzenie z obiektywnej strony na swoje życie i wyciągnięcie - najczęściej - nie przyjemnych wniosków.
"Nie powołał nas Bóg do nieczystości, ale do świętości. A więc kto [to] odrzuca, nie człowieka odrzuca, lecz Boga, który przecież daje wam swego Ducha Świętego." (1 Tes. 4:7-8)
Odrzucenie tej łaski, to nic innego jak w dzisiejszych czasach rozpraszanie się. Poświęcanie więcej czasu dla siebie, dla swych rozrywek, a ograniczanie czasu dla Boga do niezbędnego minimum. Bóg to widzi i nie pozostaje obojętny względem takie postawy. I mam już rozwiązanie mojego problemu. Jak Bóg może pozwolić mi na to, aby przez moje ręce przechodziły projekty mające na celu przysporzenie chwały Ojcu, jeśli ja jestem tego nie godny. Kapłani w ST musieli przechodzi cały proces oczyszczenia, aby móc do służby Bożej przystąpić, a ja mam działać dla Boga z marszu; między "Dr. Hous'em" a "Lost'ami"?

Był w moim życiu przez pewien okres czas, w którym to czułem się ofiarą losu. Wiele chciałem, nie wiele robiłem. Zawsze były jakieś przeciwności, zawsze mi czegoś brakowało. Tak to samoczynnie się dołowałem, aż się ostro wkurzyłem i zacząłem szukać przyczyny swoich problemów i niepowodzeń. Jak to w życiu głupiego człowieka wygląda (czyt. ja) zwróciłem się do Boga: "Dlaczego mi to robisz?" Dopiero po czasie zrozumiałem, że to było co najmniej niestosowne. Patrzyłem na siebie, dużo kombinowałem aż zobaczyłem, że tygodniami potrafię nie otwierać Biblii, miesiącami nie słuchać kazań, inspirować się wszystkim tym co daje mi 'świat', a nie Bóg. Czy Bóg może takiemu człowiekowi pobłogosławić?

Teraz wiem, że te wszystkie projekty by się udały i Bóg był gotów mi je pobłogosławić - skoro dał mi chcenie, ale nie udały się i poległy, gdyż nie byłem gotów, aby przystąpić do Boga i mu usługiwać.

środa, 9 lutego 2011

Między Zimą a Wiosną

Obie te pory roku są do strawienia. W zimie jest czasami niewyobrażalnie zimno, ale da się ścierpieć. Ma to swój uroczy klimat. Zima mi pasuje :) Wiosna też jest okej. Wszędzie jest zielono, jest ciepło (!), znów słychać śpiew ptaków. Wiosna też mi pasuje :) Nie mniej jednak, okres przejściowy jest katastrofalny, nie cierpię go, mimo, że zaczyna się robić bardziej zielono i cieplej jest koszmarnie, bo jest wszędzie brudno. Syf to mało powiedziane. Psie odchody, śmieci, piach - nie pojawiły się nagle, one były cały czas, ale pod stertą śniegu nie było widać. Teraz to wszystko wychodzi na jaw i wszystko widać, a czasami to i poślizgnąć, jak się wdepnie....

Z życiem człowieka nawracającego się, jest takie samo. Kiedy żyje się bez Jezusa, nie zwraca się uwagi na swoje "występki". Z chwilą, kiedy "otwieramy drzwi Chrystusowi", nagle dostrzegamy, że w naszym życiu jest pełno syfu. Śnieg, który wszystko przykrywał stopniał i nagle dostrzegamy cały brud, który to nagromadził się przez całe lata. Strasznie dołujące.

Chrześcijanie już nawróceni, to też ludzie i czasami też popadają w rutynę, tracą "czujność" i od czasu do czasu potrzebują pewnego rodzaju przebudzenia. Czasem i w życiu chrześcijan napada trochę śniegu i myślimy, że wszystko jest w porządku, a jak słońce zaświeci i śnieg stopnieje.... Jednym słowem wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

Stan szoku, gdy przejrzymy na oczy, to efekt zaniedbania. Czego dokładnie, to ciężko opisać, każdy przecież jest swoistą indywidualnością, ale ja mogę powiedzieć, że to są takie troszkę prozaiczne sprawy, jak np. czytanie Biblii. Nic wielkiego, a jednak... Nie wolno się zaniedbywać. Biblia mówi o czujności, o pilnowaniu samego siebie. Nigdy tego nie rozumiałem, bo niby jak tą czujność zachować? Cały czas analizować swoje postępowanie, słowa, czyny, obserwować otoczenie? Przecież Jezus tak nie robił. Ta czujność, tj. trzeźwość można zachować tylko wtedy kiedy jest się w społeczności z Bogiem, kiedy jesteśmy napełnieni Duchem Świętym, i w tej właśnie mocy chodzimy. Wtedy jesteśmy z naszego charakteru silniejsi i łatwiej nam powiedzieć po prostu "nie".

Który to już raz mówię, że się zmienię...?
"Bo kto chce być zadowolony z życia i oglądać dni dobre, ten niech powstrzyma język swój od złego, a wargi swoje od mowy zdradliwej. Niech się odwróci od złego, a czyni dobre, niech szuka pokoju i dąży do niego. Albowiem oczy Pana zwrócone są na sprawiedliwych, a uszy jego ku prośbie ich, lecz oblicze Pańskie przeciwko tym, którzy czynią zło. I któż wyrządzi wam co złego, jeżeli będziecie gorliwymi rzecznikami dobrego?" (1 Piotr. 3:10-13)

wtorek, 8 lutego 2011

'Love' to nie tylko puste słowo.

Bardzo często można spotkać się ze stwierdzeniem, że w Biblii są dwa oblicza Boga. Bóg srogi i zły - ten w Starym testamencie, oraz Bóg miłujący i wybaczający - to ten w Nowym. Stwierdzenie w mojej ocenie jest niedorzeczne, bo Bóg się nie zmienia, nie zmienił swojej 'strategii' i zawsze był miłościwy, ale też nigdy nie pozwolił nikomu się z siebie naśmiewać, co powodowało, że popadał w chwilowy gniew. Przekonanie, że Bóg jest miłością wynika w głównej mierze z tego, że człowiek dostał wiele zapewnień o tym, że Bóg jest gotów wybaczyć człowiekowi jego przewinienia, że poświęcił swego Syna, aby człowieka ratować, że jest gotów towarzyszyć nam w tym życiu jeśli tylko wyrazimy na to chęć. Jednym słowem idealnie. Miłość, wynika nie z pustych deklaracji, ale z konkretnych czynów. Dwa zdania temu podałem kilka przykładów.

W dzisiejszym świecie słowa "miłość" i "kocham cię" straciły dla wielu ludzi na znaczeniu. Czasami można odnieść wrażenie, że temat już jest tak oklepany i monotonny, że aż nie idzie tego słuchać. No bo ileż to razy można słuchać kazania, jak to ksiądz/pastor mówi, że Bóg nas kocha? A kontra: co z tego, że kocha, jak ja nic dobrego od Niego nie dostałem.... Nie mówię, że wszyscy mają łatwe życie, i że wielu ludziom życie przysparza nie małych problemów, ale może usiądźmy na spokojnie i zastanówmy się czy Bóg w swoim Słowie mówi tylko: "Kocham Cię..."? Autentyczne uczucie miłości Bożej to nie słowo, ale konkretny czyn, konkretna deklaracja.
"Patrzcie, jaką miłość okazał nam Ojciec, że zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i nimi jesteśmy. Dlatego świat nas nie zna, że jego nie poznał." (1 Jan. 3:1)
Chrześcijanie - bo trzeba powiedzieć sobie szczerze, że to tylko ta wybrana grupa - to ludzie do których przyznaje się Bóg. To ludzie, którzy szukając u Niego pomocy otrzymują ją. Tak  wiem, brzmi to banalnie, dla tych, których ten temat nie za bardzo interesuje, ale dla tych, którzy doświadczyli Jego wsparcia jest to wspaniałe uczucie. Może trochę to samolubnie brzmi, ale fakt jest taki, że odpowiednią relację z Bogiem mają tylko Ci, którzy zachowują Jego przykazania.
"A przez to wiemy, żeśmy go poznali, jeśli przykazania jego zachowujemy. Kto mówi: Znam go, a przykazania jego nie zachowuje, kłamcą jest, a prawdy w nim nie masz. Lecz kto by zachował słowa jego, prawdziwie się w tym miłość Boża wykonała; przez to znamy, iż w nim jesteśmy." (1 Jan. 2:3-5)
Prosta zasada: Bóg miłuje każdego człowieka. To też nie jest puste słowo. Bóg kocha wszystkich ludzi, bo Jezus nie umarł za wybranych ludzi, ale umarł za wszystkich ludzi.
"Bo miłość Chrystusowa ogarnia nas, którzy doszliśmy do tego przekonania, że jeden za wszystkich umarł; a zatem wszyscy umarli; A umarł za wszystkich, aby ci, którzy żyją, już nie dla siebie samych żyli, lecz dla tego, który za nich umarł i został wzbudzony." (2 Kor. 5:14-15)
Ponad to, znajdujemy w Biblii zapewnienie, że Bóg ewidentnie chce, aby każdy człowiek był zbawiony:
"Który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy." (1 Tym. 2:4)
To, że Bóg tak chce, to wcale nie oznacza, że każdego do tego zmusza. Coś już o wolnej woli pisałem ;) Może za dużo wersetów, może troszkę to nie popularne, ale zdecydowanie prawdziwe. Takie jest podejście Boga do marnego człowieka.

I teraz ten marny człowiek - chrześcijanin - który to wcześniej nawrócił się, nie musi słyszeć, od Boga pięknych słów. On widzi dowody troski i opieki Bożej codziennie, wszędzie i - co najlepsze - zawsze. Ileż to razy Bóg zapewniał człowieka o opiece, o trosce, o miłości. Tych fragmentów w Biblii jest tak dużo, że nawet pokwapię się o nie cytowanie ich! Zarzuty, że niby to "Bóg się mną nie interesuje", albo "Bóg o mnie zapomniał" naprawdę są wyssane z palca. Zgodzę się, że w życiu różnie się układa i z perspektywy ludzkiej wiele spraw może wydawać się nie sprawiedliwymi. Ale nie osądzajmy Boga o brak miłości, dlatego, że nie rozumiemy pewnych rzeczy. 

Bóg czeka na każdego człowieka. Aby być z Bogiem, nie wystarczy podpisać deklarację, ale należy pójść w konkretne czyny. Trzeba zmienić swoje życie. Jeśli Bóg w czynach okazuje miłości, także i człowiek w czynach powinien tą miłość odwzajemnić. I każdy może to zrobić, bo każdy ma szansę.

Dowody na to, że Bóg mnie kocha?
  • Zdrowie
  • Brak prześladowań (jakichkolwiek)
  • Stabilność finansowa
  • Brak głodu
  • Pełna szafa ubrań (na każda porę roku!)
  • ...i tysiące innych 'błahostek'
Śmiech na sali? Z pewnością, w końcu każdy tak ma, więc co w tym nadzwyczajnego (to był sarkazm). Wiem, że brak w tym wszystkim swoistej niezwykłości. Może gdybym zaczął latać, to ktoś by powiedział 'wow'. Ale Królestwa Bożego oczami czy innymi zmysłami nie da się przyjąć. Je można tylko przyjąć wiarą, a wiara nie jest argumentem. 
"Jeżeli zatem mamy wyżywienie i odzież, poprzestawajmy na tym." (1 Tym. 6:8)

niedziela, 6 lutego 2011

10-letni Bohater

Kilka dni temu oglądałem "Sprawę dla Reportera" Elżbiety Jaworowicz w TVP1. Poruszała sprawę pewnego chłopca. Ten program możecie zobaczyć tutaj. Nie ma on łatwego życia. Bez rąk, jedna noga krótsza od drugiej, brak łazienki, problemy finansowe samotnie wychowującej go matki, różne choroby, które są następstwem jego stanu. W TV dużo mówi się o cierpieniu. Prawie każda szanująca się stacja telewizyjna czy radiowa, ma choć jeden program w swojej tygodniowej, który pokazuje ludzką nie dolę i cierpienie. I to jest dobre. Pokazuje to, tak tępym ludziom jak ja, jakie to mnie spotkało szczęście.

Cierpienia widzimy dużo, a to wojna, a to kataklizm, TV nie pozwala nam zapomnieć o bólu. Z czasem uodparniamy się na to, i płacz powoli przestaje nas wzruszać. Ludzka nie dola nie jest już szokująca, ale jest "jedną z wielu". Z tym chłopcem mogło by być podobnie. Ale mnie w nim nie porusza jego stan zdrowia, ani to co go czeka w życiu, które już teraz widać, że nie będzie proste. Mnie porusza jego postawa, jego wewnętrzny duch. Skąd on bierze tyle optymizmu? To on idzie do swojej matki i mówi: "mamo, będzie dobrze". Albo: "lepiej teraz trochę pocierpieć, bo jak przyzwyczaję się do bólu, to będzie później mniej bolało". To mówi 10-latek!

Szok. Jestem zdrowy. Mam dwoje rąk i nóg. Uczę się na uczelni wyższej. Nie pracuję. Nie muszę, bo rodzice mają płynność finansową. Zawsze mieli, nigdy nie musiałem się martwić o nic. Książki do szkoły były, lodówka była pełna, szafa pełna ubrań, wakacje, gadżety, itp. Czy mnie to wyróżnia? 95% z Was może się pochwalić większym "dorobkiem". Nie czyni mnie to lepszym, ani wspanialszym, czyni mnie to zwykłym człowiekiem. Ale czy ta "zwykłość" jest dzięki mnie? Moim rodzicom? Bogu? Przede wszystkim dzięki Niemu, bo to dzięki Jego kierownictwu oni mają choćby tą prace.

Ten chłopak nie ma wiele, albo ma jeszcze mniej, a mimo to, nie znajdziesz w nim goryczy. Bo wątpię, aby grał pod kamerę... Przyjął "na klatę" doświadczenie życia i żyje... A ja... Ja nie wiem za bardzo co napisać, aby to jakoś ładnie i zgrabnie ująć.


Problem jest w tym, że to co mam, to co mnie otacza śmiało mogę uznać za klasę "standard". Chleb w chlebnicy? A co w tym dziwnego, że on tam jest? Zawsze był! Tak, był. Ale to wcale nie oznacza, że ten "standard" ma każdy. W Googla wpisałem "głód". Zobaczyłem to co tutaj wrzuciłem obok razy kilka setek. To co mam, dzięki Bożej łasce mam. I w tym momencie zwracam uwagę na te nie manifestacyjne elementy życia (czyt. np. fajny samochód), ale jak chociaż by buty, które mogę nosić nawet i markowe, a co!. Dziękuje Bogu za wiele rzeczy, chociaż nie zawsze. Poprosić to ja nigdy nie zapomnę, ale podziękować to już różnie bywa. Jestem obyty z tym co mam. Mówię, Boże dzięki Ci za to co mi dajesz, ale tylko tak mówię. A istota rzeczy uświadomić sobie to, zrozumieć i wbić sobie wreszcie do głowy, że inni tak nie mają. Nie jakoby: "jestem lepszy", ale "Bóg mi błogosławi". To co mam, to Boże błogosławieństwo. Wniosek? Bóg błogosławi mi od zawsze. Nie mam zielonego pojęcia czym sobie na to zasłużyłem, ale to mega fajne uczucie. Stosunkowo nie dawno zacząłem sobie to uświadamiać.

Rozmyślania w tym temacie wróciły do mnie, po oglądnięciu tego reportażu. Zobaczyłem małego chłopca, dziecko, które nie mówi: "Bóg mnie nie kocha", czy "dlaczego mnie to spotkało?" On mówi, że jest jak jest, trzeba z tym żyć. Jestem w zdecydowanie lepszej sytuacji tak materialnej jak i zdrowotnej od niego, a czuje się przez niego zawstydzony. Ileż razy zdarzyło mi się narzekać, dołować, pesymistycznie nastawiać. Nie raz miałem  - nazwijmy to delikatnie - zastrzeżenia do Pana Boga, bo zazwyczaj jakaś z perspektywy czasu błahostka nie poszła po mojej myśli. Żenada.

On ma nie wiele, ale docenia to co ma. Ja mam sporo i z tym docenianiem to różnie bywa. Nie zaskoczę chyba nikogo jak powiem, iż w moich modlitwach często pojawia się zwrot typu "proszę o...", a słowa brzmiące około: "dziękuje Ci za..." ciut rzadziej. To nie jest dobra postawa. Trzeba by chyba bardziej odpowiedzialnie i świadomie podchodzić do swych modlitw.
"Za wszystko dziękujcie; taka jest bowiem wola Boża w Chrystusie Jezusie względem was" (1 Tes. 5:18)

sobota, 5 lutego 2011

Chodzić z Bogiem

Źródło: "Przekrój"
Moi znajomi znaleźli w necie taki o to rysunek i zaczęli w opisach GG go rozprowadzać. Nie wiem w jakim kontekście on się pojawił i co autor miał na myśli, ale chyba nie trzeba zbytnio zapoznać się z treścią, aby wzbudziło to w nim refleksję. Można zadać pytanie: kto/co jest moim 'bogiem'? Ale chciałbym podejść do tematu bardziej osobiście. Otóż, jaki będzie ten rok? Jak go przeżyję? Ile znów rzeczy sknocę? Ile rzeczy uda mi się zrobić dobrze? 

Czy ten rok będę chodził z Bogiem?

Zawsze fascynował mnie Henoch. Strasznie mało o nim wiemy, ale to co wiemy powoduje, że co poniektórzy robią 'wow'.
"Henoch przeżył trzysta sześćdziesiąt pięć lat. Henoch chodził z Bogiem, a potem nie było go, gdyż zabrał go Bóg." (1 Moj. 5:23-24)
Co to znaczy "zabrał go Bóg"? Odpowiedzi oparte są tylko na domniemaniach, ale to nie istotne. Istotne jest to, że Bóg nagrodził Henoha za jego postawę. Jego życie w tak wielkim stopniu było skoncentrowane na Bogu, że Bóg chciał go nagrodzić w sposób szczególny - zabrał go. Praktycznie jak to mogło wyglądać? Nie wiem, ale wiem, że ludzie tamtych czasów i współcześni są bardzo do siebie podobni. Problemy rodzinne, brak akceptacji najbliższych, uzależnienia, choroby, przemoc... Dziś powiedzielibyśmy jeszcze o pornografii, narkotykach, uzależnieniu od internetu czy innego facebook'a. Okej, mamy swoje choroby cywilizacyjne, ale fakt faktem, że z problemami codzienności trzeba stykać się na co dzień. Henoch nie miał łatwiejszego życia, to nie była sielanka, na pewno jako mąż, ojciec, przywódca plemienia borykał się z takimi samymi problemami jak my dziś. Ale on wyszedł z nich zwycięsko, bo chodził z Bogiem.

Zawsze chodził z myślą, że Bóg go widzi, i chce żyć według woli Boga. Zawsze się zastanawiał czy dobrym jest zrobienie tego czy innego, nie ze względu na jego korzyści, ale ze względu na akceptację danego czynu w oczach Bożych. Po prostu analizował swoje życie i konfrontował swoje uczynki z tym czego chce Bóg. Dziś jest podobnie. Który facet nie chciałby się przespać z kobietą i spędzić upojną noc w towarzystwie prawdziwej piękności. Każdy. Nie czarujmy się. Gdyby sex był czymś nie przyjemnym i nie dobrym, to pornobiznes nie zarabiał by rocznie kilkadziesiąt miliardów euro. Jest to fajne. Jak powszechnie wiadomo, kontakty seksualne przed ślubem to grzech cudzołóstwa, więc nie wchodzą/nie powinny wchodzić w grę. W porządku, ale motywacją nie powinna być, w mojej ocenie obawa przez zakażeniem HIV, ale to że Bóg tego nie pochwala. Człowiek wierzący, to taki ktoś, kto żyje według woli Bożej. Wola Boża to nie jest tylko chodzenie do kościoła, ewentualne czytanie Biblii, to codzienne chodzenie z Nim. To pytanie: "Boże, jaką decyzję mam podjąć, co mam zrobić?"

Nie mam zielonego pojęcia czy Henoch miał dylematy natury seksualnej. Ale jakiekolwiek by one nie były, chciał podejmować tylko te, które były zgodne z Bożym punktem widzenia. Przejechał się na tym? Skoro zabrał go Bóg.... to chyba raczej nie bardzo. Nie wiem czy moje życie będzie kiedykolwiek takie jak Henocha, w ciemno obstawiam, że ciężko by było, ale na pewno nie jest one do zmarnowania na dziś dzień. Z drugiej strony, po co patrzeć od razu na całe życie - wystarczy spojrzeć tylko na rok 2011.

Poprzedni rok był dla mnie fatalny. Źle go wspominam. Ten zaczął się świetnie.
Może odnajdę w sobie chociaż jakiś najmniejszy pierwiastek Henocha...

piątek, 4 lutego 2011

Modlitwa: Oznaka Słabości

W życiu różnie to bywa. Ostatnio się przekonuję o tym co raz to częściej. W różnych chwilach jako chrześcijanin potrzebuję kontaktu osobistego z moim Bogiem. Nic w tym dziwnego, wszakże każdy wierzący człowiek, nie ważne przedstawicielem jakiej religii jest, zwraca się do duchowej sfery, aby "zaspokoić" swoje wnętrze. Kiedy jest smutno, kiedy są problemy, kiedy jest choroba, kiedy jest radość i wdzięczność, i tysiące innych przypadków powoduje to, że ja Łukasz Miller się modlę. 

Odważne wyzwanie. Nie że sobie schlebiam czy coś w tym stylu, ale powiedzmy sobie szczerze, kto dziś przyznaje się do tego, że się modli? Na 50 osób może 1? Powód jest dość prozaiczny: modlitwa jest oznaką słabości i uzależnienia od kogoś innego niż ja sam. Mało kto, chce się przyznać, że nie jest "kozakiem na dzielni" i potrzebuje wsparcia od kogoś takiego jak Bóg. A jak zacznie się podkreślać ważność tego aspektu chrześcijaństwa to istnieje (być może) prawdopodobieństwo popełnienia towarzyskiego samobójstwa. Ja jakoś specjalnie ostatnimi laty, nie kryłem się z moją religijnością, a mimo to ludzie nadal się do mnie odzywają, więc szczerość chyba nie jest aż tak głupia.

Gdyby tak się zastanowić po co się modlę? Bo robię to od zawsze... Wychowałem się w domu chrześcijańskim i modlitwa "Ojcze Nasz" znana mi od 4-5 roku życia (może wcześniej). Zawsze wypowiadałem słowa do Boga, ale nie zawsze się modliłem. Modlitwa to nie jest konkurs recytatorski, modlitwa to nie są zawody na ilość wzniosłych słów w jednym zdaniu, modlitwa to rozmowa. Wiem, że to dziwnie brzmi, bo zazwyczaj wypowiadamy słowa, taki monolog robimy, mówimy 'amen' i koniec. Nikt nam nie odpowiada, nie słyszymy niczyjego głosu. Mimo wszystko, będę się upierał przy tym, że modlitwa to jak najbardziej rozmowa, gdyż Bóg ZAWSZE odpowiada. Tylko nie zawsze tak jakbyśmy chcieli, nie wtedy kiedy byśmy chcieli, nie zawsze mówi to co chcielibyśmy usłyszeć. Sorry, ale ja Bogu mówić nie będę, jak On ma się zachowywać. Przykro mi, jeżeli ktoś czuje się pokrzywdzony, gdy w przypadku modlitwy o zdrowie nie jest uleczona owa osoba w ciągu 5 sekund, a wraca do zdrowia w czasie z deka dłuższym. Oczywiście krytyków, nie będzie obchodzić to, że modlitwa została wysłuchana, ale to, że nie została spełniona teraz, natychmiast! Może i się czepiam, ale brak oczekiwanej reakcji na nasze modlitwy może zniechęcać i powodować powstanie myśli buntowniczych. A jest to bzdura, gdyż nie jesteśmy Bogu obojętni.

Przypomnieć warto sobie króla Dawida. Ten człowiek tak cierpiał, że - mówiąc kolokwialnie, choć mam nadzieję, że nie przesadnie - masakra. Ciągle to chciał go ktoś zabić, ciągle musiał przed kimś uciekać, ciągle to ktoś z jego otoczenia go wydawał i na niego donosił, a on mimo wszystko trwał w przekonaniu, że Bóg go wysłuchuje.

"Gdy jestem w niedoli, wzywam Pana I Boga mojego wzywam, A On wysłuchuje z świątyni swojej głosu mojego I wołanie moje dociera do uszu jego." (2 Sam. 22:7)
Czy jego ufność w Bożą opiekę była tylko złudzeniem? W żadnym wypadku, cały czas był z nim Bóg. Dziś się można dziwić, dlaczego Bóg dopuszczał tyle cierpienia w jego życiu, ale to troszkę inna bajka. Skupmy się na razie na tym, że Dawid może i miał full problemów, ale w zasadzie nigdy nie cierpiał z powodu kaprysu Boga. Czy zatem Dawid miał powód do tego, aby wątpić w celowość swoich żarliwych modlitw? Pytam hipotetycznie...

Osobiście wiele mi brakuje do Dawida, ale śmiało wychodzę z założenia, że jeśli Bóg troszczył się o króla Dawida żyjącego kilka tysięcy lat temu, to tak samo troszczy się i o mnie. A może nawet bardziej, biorąc pod uwagę moje ułomności... Nie mniej jednak, Bóg troszczy się o człowieka, tylko człowiek, musi Boga potraktować poważnie. Szczerze i w prostocie serca przyjść do Boga i powiedzieć co leży na sercu. Bez kombinowania nad wyniosłymi słowami, ale szczerze po prostu powiedzieć co jest nie tak. Otworzyć swoje serce przed Bogiem. To może być trudno, bo można to zrobić tylko wtedy, kiedy Mu w pełni i totalnie zaufamy. Okej, to może zająć troszkę czasu, sprawa indywidualna każdego. Ale warto, bo to przynosi efekty.
"Synu mój, daj mi swoje serce, a twoje oczy niechaj strzegą moich dróg!" (Przyp. 23:26)
Jeśli modlitwa jest oznaką słabości, a zarazem oświadczeniem tego że naszym ratunkiem jest Bóg, to ja oświadczam że jestem najsłabszy ze wszystkich. Jestem tak słaby, że nawet innych poproszę o modlitwę za mnie, szczególnie w konkretnych przypadkach, o czym wtajemniczeni wiedzą o co chodzi.

Czy modlitwa ma sens? Dla tych, którzy wierzą, że Bóg się nimi interesuje: tak. Mimo mego młodego wieku mam swoje problemy. Przedstawiam je Bogu i mówię jak jest, i jak bym chciał aby było, zaznaczając, że to Jego wola jest ostateczna i niech będzie według Jego woli. I ułamek sekundy później już mi lepiej. Zero stresu, zmartwienia, totalny wewnętrzny pokój. Nie wiem czy jest to coś w stylu "natychmiastowej" odpowiedzi Boga na moja słowa, ale modlitwa jest też potrzebna mi. W sumie to do kogo mam się zwrócić o pomoc? Kto jest w stanie mi pomóc? Człowiek? Litości....
"Tak mówi Pan: Przeklęty mąż, który na człowieku polega i z ciała czyni swoje oparcie, a od Pana odwraca się jego serce! Jest on jak jałowiec na stepie i nie widzi tego, że przychodzi dobre; mieszka na zwietrzałym gruncie na pustyni, w glebie słonej, nie zaludnionej.
Błogosławiony mąż, który polega na Panu, którego ufnością jest Pan! Jest on jak drzewo zasadzone nad wodą, które nad potok zapuszcza swoje korzenie, nie boi się, gdy upał nadchodzi, lecz jego liść pozostaje zielony, i w roku posuchy się nie frasuje, i nie przestaje wydawać owocu." (Jer. 17:5-8)
Skoro już mam być tym słabeuszem, to jako cienias potrzebuję pewności, że sprawy potoczą się odpowiednim torem. Modlitwa jest pewnością, że to Bóg przejmuje dowodzenie i co by nie działo się i to tak finał będzie elegancki :)